Azylium  
_TOGGLE_TOGGLE
_TOGGLE Menu główne

_TOGGLE Polecamy






























_TOGGLE Styl
Each user can view the site with a different theme.
Themes marked with a * also change the forum look.

ForumsPro › Oddział MORDHEIM › Wydarzenia [Mordheim] › Kampania Mordheim w SDK - fluff, fabuła, historia...
Kampania Mordheim w SDK - fluff, fabuła, historia...
Turnieje, pokazy i konwenty z MORDHEIM w tle.
Users browsing this topic: Brak
Post new topic Reply to topic Wersja do druku

1 2
>
View previous topic :: View next topic
Author Message
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fluff, fabuła, historia...
Posted: Pn May 12, 2014 01:06 PM
Reply with quote

W karczmie Pod Czerwonym Psem było tego wieczora wyjątkowo tłoczno.
Ludzie oczekiwali z niecierpliwością na przybycie trupy teatralnej mającej odegrać sceny z ostatniej uczty księcia Steinhardta. Artyści jednak spóźniali się już 3 dni i nikt nie wiedział, dlaczego. Wielu zaczęło szeptać, że winę za to ponosi grupa łowców czarownic zajmująca całe piętro zajazdu - banda ponuraków, trzymających się razem i niechętnych do rozmów z kimkolwiek.

"Tfu, pies ich srał. Niechby ich co zeżarło w mieście... Gości straszą a sami groszem nie śmierdzą" - mruczał pod nosem stary Rudi. Rudi wyglądał tak, jakby pamiętał jeszcze czasy ksiecia Gottharda.

"Podobno w mieście znów pojawił się piszczący demon! Śmieciarze znaleźli ciała i znów to samo - trucizna! Tak, mówię wam, niedługo przyjdzie tutaj! Powiadają, że wyłazi spod ziemi, jak jaki kret!" - wokół chudego, rudego chłopaka zgromadziła się grupka słuchaczy. Młody Johann często bywał w mieście i zawsze przynosił stamtąd ciekawe wieści.
"I wiecie co jeszcze? Ktoś urwał głowę księciu Gotthardowi. Mówię wam, ani chyba jacyś plugawcy chaosu! Nie dość, że miecz dawno zaginął, to jeszcze teraz biedak stoi bez głowy. Ale rumak pod nim nadal jak żywy!"

"A wielkie szczury? Powiedz, widziałęś je?" - krzyknął ktoś od jednego ze stołów.

"Ja widzieć, nie widziałem. Ale stary wariat Schultz widział je nie raz. Staruszek zgłupiał do reszty. Mówi, że szczury z nim rozmawiają. Ha ha ha! Słyszałby kto! Gadające szczury!" - słuchacze młodego Johanna roześmiali się głośno. Jednak w smiechu tym dało się dosłyszeć nutki niepewności. Wszyscy słyszeli przeciez opowieści o szczurach wielkości ludzi, które opanowały kanały pod miastem i które o zmroku wychodzą w sobie tylko wiadomym celu na ulice.

"Dajcie więcej wodki!" - od jednego ze stolików dało się słyszeć tubalny głos jakiegoś łysego olbrzyma. Dziwne tam siedziało towarzystwo, podobno przybyli z dalekiego Kisleva. I podobno regularnie wyruszają do miasta...

"A wiecie, że siostrzyczki wciąż siedzą na Skale? Widziałem kilka na targu rybnym. Łaziły tu i tam z takimi wielkimi koszami. Jakby czego szukały?" - prawił swoim kompanom przy innym stoliku człowiek wyglądający na tubylca. "może grzybów szukały! maślaków! ha ha ha ha" - odpowiedział jeden z jego kompanów i wszyscy wokół zanieśli się śmiechem. Siostry z Twierdzy Na Skale znał każdy. Każdy smiał się z niewybrednych żartów na ich temat. I każdy się ich bał. Dlatego smiech zamarł natychmiast, kiedy w drzwiach karczmy pojawiła się gruba kapłanka w towarzystwie dwóch młodych kobiet. "Chwała Sigmarowi!" Zakrzyknęła gruba. "Chwała, chwała" - odezwały się głosy gości.


-*-


Następnego wieczora w karczmie Pod Czerwonym Psem, z racji marnego jedzenia nazywanej przez bywalców po prostu "Pod Psem" pojawili się niezwykli goście.

Czterech mężczyzn noszących się na ostlandzką modłę - o ile można to nazwać modłą - nie potraktowano by tu jako niezwykłych. Jednak podążające za nimi indywidua wzbudziły wyraźne zainteresowanie, pomieszane z nieudolnie ukrywaną rezerwą. Człowiek z jelenimi rogami na głowie i kosturem sprawiał wrażenie nieobecnego duchem. Nie odzywał się do nikogo, mamrocząc pod nosem sobie tylko wiadome słowa. Szedł stawiając kroki jakby inaczej, ostrożnie, patrząc pod nogi, zupełnie jakby omijał jakieś miejsca, w których nie chciał postawić stopy. Jednak to nie on sprawił, że w całej karczmie podniósł się szmer. Za rogatym dziwakiem szły ogry. Nie jeden ogr, co się czasem zdarzało w tych okolicach - ale dwa okazałe, potężne, wielkie jak konie, umięśnione i obwieszone bronią i ekwipunkiem OGRY.

Człowiek idący przodem wskazał stół, przy którym jeszcze przed chwilą siedziało kilku szemranych osobników, a który teraz, w nieomal magiczny sposób opustoszał. Ogry rozwaliły się na ławie po jednej stronie stołu, zajmując miejsce zwykle przeznaczone dla sześciu chłopa, a ich towarzysze zasiedli po przeciwnej stronie.

Przy stole natychmiast pojawiły się dwie pulchne dziewczyny, niosąc ciężkie tace na których stały pękate kufle z pieniącym się piwem.

Po chwili w karczmie znów rozbrzmiały głosy rozmów, śmiechy z grubiańskich żartów i przekleństwa przegrywających w kości. Przybysze, choć dziwni, najwyraźniej nie szukali zwady, a jedynie jadła i piwa.

Jednak po kilku kwadransach w sali jadalnej znów powstał szmer. Po schodach z pięter mieszkalnych zeszli Łowcy. Jak zwykle przodem szedł ten jegomość z wąsikiem, którego inni najwyraźniej uznawali za przywódcę.

Znów kilku szemranych jegomości nie wiedzieć kiedy ulotniło się z karczmy i znów jeden ze stołów okazał się być dostępny. A był to stół w przeciwnym rogu karczmy niz ten, przy którym rozsiedli się "Ostlandczycy".

Po chwili również na stole łowców pojawiło się piwo i pieczeń barania - danie tego dnia. Łowcy zajęli się piciem, jedzeniem i ożywioną konwersacją, z której co i ruch przebijało się rozemocjonowane "Nein! Nein!" człowieka z wąsikiem.

I wszystko byłoby dobrze...

...gdyby nie Zdechlak.

- "Gdzie być mój Zdechlak?!" - ryknał nagle jeden z ogrów - "Ja zgubić Zdechlaka!" - ogr wytrząsał zawartość sakwy na stół - wypadło z niej kilka kości, mocno obgryzione, suszone świńskie ucho i kilka brudnych szmat.

- "Gdzie być mój Zdechlak?!!"
- "Uspokój się, Grom - mężczyzna wygladający na przywódcę próbował udobruchać olbrzyma - "pewnie gdzieś tu się kręci..."

Istotnie, Zdechlak kręcił się.

Kiedy ogry zajęte były piwem i baraniną, Zdechlak niepostrzeżenie wylazł z sakwy, w której Grom zwykł nosić go w miejscach pełnych ludzi i zaczął węszyć pod stołami. Poszarpał chwilę za nogę jakiegoś zapijaczonego tubylca, odpoczywającego pod jednym ze stołów, ale gdy ten nie okazał zainteresowania zabawą, polazł dalej. Traf chciał, ze poniosło go w stronę stołu Łowców...

A była to chwila, kiedy wznosząc kolejny toast Aldorf Hycler zamierzał kolejny raz przekląć heretyków. Wstał, wykonał zamaszysty, teatralny gest poprawiania wąsa. I rozpoczął.

A raczej - próbował. Zdążył bowiem tylko dwa razy zakrzyknąć "Nein! Nein!" jako wstęp do kolejnej, niewatpliwie charyzmatycznej przemowy, kiedy poczuł, że coś ciepłego... wlewa mu się do buta.

Zdechlak nie robiąc sobie wiele z kwestii dobra i zła oraz czystości wiary Aldorfa zwyczajnie i po prostu sikał mu w cholewę buta.

Aldorf spurpurowiał, mimo niewątpliwego komizmu sytuacji zaden z jego kompanów nie roześmiał się. Przeciwnie, zamarli w przerażeniu wiedząc, do czego zdolny jest ich Przywódca.

Pistolet znalazł się w żylastej dłoni Aldorfa w ułamku sekundy. Drugi ułamek zajęło mu napięcie mechanizmu iglicy i naciśnięcie spustu.

Błysk, huk wystrzału, skowyt przerażonego Zdechlaka i ryk wściekłości szarżującego ogra były tylko preludium dla scen, które za chwilę rozegrały się tego wieczora w Karczmie Pod Czerwonym Psem.


Last edited by Myszor on Cz czerw 12, 2014 09:38 AM; edited 5 time in total
Back to top
View user's profile
duszy
Widzący
Widzący

duszy

Joined: lut 02, 2014
Posts: 1312
Location: 100lica
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Wt May 13, 2014 03:33 PM
Reply with quote

Łódź przekroczyła zrujnowaną bramę rzeczną nocą. Tylko jedna, pomyślał Ragnarr, z czterech którymi wyruszyli na południe. Pierwszą stracili jeszcze na morzu szponów w czasie sztormu, nie miało już znaczenia, czy zniszczyła ją furia Merdemusa, pana sztormów, czy zaginęli przez sztuczki Tchara, Zmieniającego ścieżki. Kolejną mijając port, który południowcy nazywają Mariengburgiem. Thjostolf i jego załoga stanęli do nierównej walki pozwalając reszcie plemienia przepłynąć. Ich duchy ucztują już przy stole przodków. Przy mieście które kapłan nazwał Altdorfem rozdzielili się z Astrid, jej łódź odciągnęła imperialny pościg w górę Talabec, pozwalając reszcie spokojnie pożeglować dalej rzeką Stir. Jeśli bogowie pozwolą, jej załoga porzuci łódź i dotrze do miasta przeklętych lądem.
- „Tam, Twierdza na skale” – Ansgar wskazał ledwo widoczny cień na rzece - „Jeśli włócznie mają sigmaryccy heretycy, trzymają ją pewnie tam.”
Jarl uśmiechnął się lekko, pozostawienie kapłana przy życiu okazało się być dobrym pomysłem. Jak na południowca okazał się całkiem silnym i odważnym człowiekiem, a jego bóg, ten Ulric, nie wydawał się być skamlącym słabeuszem, jak reszta południowych bogów. Większość rodu zdążyła polubić Ansgara, a jego wiedza o imperium była na tyle pomocna, by zasłużył na wyzwolenie z niewoli.
- „Od strony rzeki się tam nie dostaniemy” - stwierdził Hrólf.
- „Na łuskowatą dupę Shornaala” - rzucił Floki - „Taka twierdza i tylko kobiety w niej? Wy południowcy nie macie jaj, że nikt tam jeszcze nie wtargnął?”
Kapłan skrzywił się na dźwięk imienia jednego z bogów chaosu.
- „I co byś zrobił po wtargnięciu tam?” - Hlagerd, żona Ragnarra spojrzała z uśmiechem na szkutnika - „Twój malutki mieczyk nie zaspokoiłby nawet podlotków”
Pozostałe tarczowniczki parsknęły śmiechem. Floki odwrócił się, ale zanim zdążył odpowiedzieć przerwał mu Bjórnolf
- „Tam, między budynkami” - syn Ragnarra wskazał wschodni brzeg rzeki. - „Ogień i głosy, ktoś tam walczy”

Back to top
View user's profile
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Wt May 13, 2014 04:12 PM
Reply with quote

To była prawdziwa rzeź. Popiskujące i powarkujące stwory wyrosły nagle, jak spod ziemi wszędzie wokół grupki zbieraczy. Niektórzy starali się stawiać opór, ustawiając się plecami do siebie i próbując odpierać wściekłe ataki szczurowatych mutantów pałkami, kijami, zasłaniając się workami pełnymi przedmiotów wygrzebanych z ruin.
Mały Dieter miał szczęście. Żaden z potworów nie zwrócił na niego uwagi, kiedy padł na ziemię i przeczołgał się w ciemny kąt między kilkoma starymi beczkami a ścianą zrujnowanej karczmy. Odgłosy mordowanych towarzyszy były tak przerażające, że skulił się tam zasłaniając uszy i zamykając oczy. "Sigmarze, ratuj, Panie, ocal mnie!" - jego wargi poruszały się w bezgłośnej modlitwie.

Szef Quissk warknął głośno,ostrzegawczo, prostując się i unosząc wysoko nos. Jego wibrysy poruszały się niespokojnie, uszy strzygły na boki. Znad rzeki dobiegł go nieznajomy, niepokojący zapach. I znajome, choć nieco inne niż zwykle dźwięki, znienawidzone dźwięki ludzkiej mowy. Jego kamraci podbiegli w jego stronę, zatrzymując się w bezpiecznej odległości i pilnując, aby trzymać nosy niżej niż dowódca. Ich oczy pobłyskiwały czerwienią tym mocniej, im ciemniej robiło się wraz z szybko już zapadającym zmierzchem. Pyski jeszcze czerwieniły się od krwi, ten i ów wciąż jeszcze mlaskając gryzł i przełykał to, co przed chwilą szarpał ostrymi jak brzytwy siekaczami.

Szef Quissk zwany Niewidzialnym wykonał kilka gwałtownych ruchów ogonem i szczuroludzie rozpierzchli się miedzy budynkami, czając się w ciemnych kątach. Czekając na intruzów, których słychać było coraz bliżej. Quissk rozejrzał się wokół i oblizał nerwowo. Zasadzka była gotowa.

Back to top
View user's profile
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Cz May 15, 2014 10:54 AM
Reply with quote

Szept dobywający się z mroku sprawiał, że Szef Quissk z trudem powstrzymywał się przed niekontrolowanym popuszczeniem moczu. Musiał go przecież oddać pod siebie dopiero na sam koniec rozmowy, na znak szacunku i uniżenia względem ważniejszego w hierarchii. Mimo doskonałego, przyzwyczajonego do przepatrywania ciemności wzroku z trudnością odróżniał kontury stojącej postaci - pomarszczona, ciemna szata trudnego do określenia koloru, kaptur, skrywający większą niż u przeciętnych Skavenów głowę, ogon, poruszający się w niepokojący, wężowy sposób, nikły poblask ostrza na jego końcu...
"Macie sprowadzić go żywego. Żywego, zrozumiałeś?" - szept przechodził momentami w metaliczny pisk, na dźwięk którego Szef Quissk jeszcze niżej opuszczał nos.
"Tak, panie, rozumiem. Żywego. Nie martwego o nie-nie. Jak najbardziej żywego, o tak-tak!"

Tę misję Szef Quissk zapamiętal na długo. To po niej na pysku pozostały mu do dziś piekące, nie do końca zabliźnione rany po elfim ostrzu. Paskudne elfy, ich paskudne miecze i ich paskudne strzały. Quissk znienawidził ich i poprzysiągł zemstę. Jednak na okazję do niej musiał czekać naprawdę długo...


Last edited by Myszor on Cz May 15, 2014 11:59 AM; edited 1 times in total
Back to top
View user's profile
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Cz May 15, 2014 11:45 AM
Reply with quote

Kapitan Ahab stał na mostku i z satysfakcją patrzył, jak jego ludzie sprawnie uwijają się na pokładzie okrętu. Choć była to średniej wielkości pinasa, omasztowaniem, jakością żagli i uzbrojeniem nie ustępowała wiele znacznie większym okrętom morskim. O jej wartości bojowej przekonał się już niejeden zadufany kapitańczyk kupieckiego statku, podobnie jak niejeden morski łowca nagród.

Po cztery sześciofuntowe bastardy na obu burtach, do tego kolejne osiem perier, znacznie lżejszych działek ładowanych kamiennymi kulami, ulokowanych na leżach pozwalających na szybkie przemieszczanie ich na jedną burtę. Salwa z dwunastu luf nadzorowanych przez Daggoo "Lunetę" potrafiła być naprawdę mordercza. Sprawdziła się wielokrotnie nie tylko na pełnym morzu, ale i w czasie podróży w górę rzeki.

Sytuacja po pożarze była już opanowana. Ładunek nie ucierpiał, poszycie zostało prowizorycznie załatane, na tyle, że statek brał już tylko połowę tego, co wcześniej. Kilkunastu niewolników stale pracowało z pompą, która okazała się warta swojej ceny - równej niemal połowie swojej wagi w srebrze. "Myśl techniczna z Tilei, kto by pomyślał, że te fircyki potrafią wymyślać takie rzeczy?"

Nowy bezan już prężył się na tylnym maszcie, łapiąc sprzyjający, pólnocno-zachodni wiatr. W oddali majaczyły zarysy Miasta Przeklętych, ulokowanego na sporym, bardzo malowniczo z tej strony wyglądającym wzniesieniu. "Może tam w końcu..." - mruknął pod nosem kapitan, a jego twarz przybrała surowy, zacięty wyraz.

"Ahoj, żagiel na horyzoncie" - krzyk jednego z marynarzy wyrwał Ahaba z zamyślenia. Kapitan wyciągnął lunetę i wymierzył ją w kierunku wskazanym przez majtka. Daleko, między ścianami lasu rosnącego po obu stronach Stiru płyneła łódź. Charakterystyczny, pojedynczy maszt z prostym żaglem. Z tej odległości nawet z użyciem lunety trudno było dostrzec szczegóły. Jednak Kapitan wiedział już, że jednostka płynąca przed nimi wspomaga się pracą przynajmniej trzydziestu par wioseł. Ludzie Północy. Ale co robią tak daleko w głębi lądu? W okolicy, w której nie ma bogatych wsi do plądrowania? A może dotarła już do nich sława Miasta Przeklętych i Czarnego Kamienia który można tam zdobyć? Tak czy inaczej, trzeba się przygotować. Ludzie Północy znani są ze swojej przebiegłości.

A chłopaka trzeba jakoś nagrodzić. naprawdę sokoli wzrok. Dodatkowa porcja rumu powinna zachęcić pozostałych do brania przykładu. Kapitan wiedział, że odpowiednia proporcja surowych kar i drobnych nagród to najlepsza gwarancja utrzymania dyscypliny na okręcie.

"Kapitanie, jakie rozkazy?" - wraz z dźwiekiem głosu Stubba "Cybucha" doleciał Ahaba ostro-słodki zapach palonej fajki. Aromatyczny dym z doskonałego tytoniu zdobytego na tłustej kupieckiej brygantynie z Marienburga. - "Ścigamy?"

"Skoro my ich dostrzegliśmy, oni z pewnością też dostrzegli nas." - Stwierdził oczywisty fakt Ahab. Jesteśmy od nich znacznie więksi. - "Zarządź gotowość bojową. Sprawdź się, a może zajmiesz miejsce Starbucka"

"Aj Kapitanie." - Cybuch nie okazał wyraźnego entuzjazmu, odwrócił się i skierował w stronę pokładu.
"I bez żadnych wygłupów. Prąd jest silny, burtową trudno będzie oddać." - rzucił za odchodzącym.

"Chyba, że tamci są pozbawieni rozumu." - mruknął do siebie. Wątpił jednak, aby tak było. Przywódca Ludzi Północy musiał być kimś wyjątkowym, skoro udało mu się dotrzeć tak daleko w głąb Imperium.

Brak Starbucka był dotkliwy. Ani Cybuch ani tym bardziej Słup nie miał takiego miru wśród ludzi. Rozkazy wykonywane były z wyraźnie mniejszym zaangażowaniem. "Co się stało z tym cholernym idiotą? Znów zobaczył kruka we śnie? Niech go chaos pochłonie...""

To myśląc kapitan skierował swoje kroki ku ładowni. Towarzyszący mu od kilkunastu dni wewnętrzny głos nakazywał mu upewnić się, czy ładunek wciąż jest nienaruszony...

Back to top
View user's profile
hexenjager
Przebudzony
Przebudzony

hexenjager

Offline

Joined: May 16, 2014
Posts: 222
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Pn May 19, 2014 08:35 PM
Reply with quote

Nein, nein, nein, nein, nein!!! - Aldorf Hycler darł się na cale gardło waląc pięścią w rozklekotany stół aż podskakiwały stojące na nim cynowe kubki. Zgromadzeni w pokoju łowcy czarownic zdażyli już przyzwyczaic się do niekontrolowanych napadow furii swojego przywodcy. Były one rownie długotrwałe co gwałtowne. Nawet Blondi, ulubiony pies bojowy Hyclera, nie zwracal uwagi na wrzaski i teatralna wręcz gestykulacje swojego pana, grzejąc sie w cieple ognia plonacego w palenisku.
- Nie pozwole, zeby ktokolwiek pokrzyzowal nasze plany! Szegolnie inni łowcy. Albo sie do nas przyłacza albo spłoną na stosie razem z cala reszta tego heretyckiego scierwa! Najwazniejsza jest nasza misja. Bądźcie bez litości! Bądźcie brutalni! Racja jest po stronie silniejszego. Trzeba postępować z maksymalną surowością! - opadł na krzesło zmeczony swoja tyradą z purpurową z wysiłku twarzą. Otworzył szeroko usta aby zaczerpnac powietrza i wypluć z siebie kolejny potok słow.

- Aldorfie, - Gruby Hermann doskonale wykorzytsał ten moment aby przerwać jego wrzaski. Mógł sobie na to pozwolic jako jedyny ze zgromadzonych na naradzie łowcow. Znali sie od lat, jego pozycja wzrosla szczegolnie po tym jak zaslonil Altdorfa przed wystrzeloną przez heretyka kula. Hermann cudem przeżył, jednak pocisku nie udlao sie wyjac i rana nie dawała o sobie zapomniec odzywajac sie palcym bolem, ktory zaczal usmiezac Purpurowym Cieniem i alkoholem. Aldorf doskonale o tym wiedzial, jednak przymykal oko, po czesci z wdziecznosci, po czesci ze swiadomosci, iz sam nie jest pozbawiony rożnych slabosci.

- Zapewniam, mamy z Heinrihem wszystko pod kontrola. Prawda Heini?

Pytanie skierowane bylo do chudego łowcy, ktory wygladal bardziej na skrybe niz wojownika - calkowite przeciwenstwo Hermanna. Niejeden przeciwnik przypłacil taką błędna ocene zyciem. Heinrich byl bardzo ambitny, bezwzgledny, kochal intrygi i zadawanie bolu. Hermann wiedzial, gdyby Aldorfowi przydazyl sie jakis nieszczesliwy wypadek, bylby to jego glowny konkurent do objecia przywodztwa nad grupa. Ostani z obecnych, Wilhelm, z racji swojego niezbyt lotnego umyslu i sluzalczosci wobec Aldorfa, nazywany przez innych za plecami "Lokajem", byl za malo ambitny na włączenie sie w taka rozgrywke.

- Absolutnie, nie zaniedbalismy niczego - Heinrich nie dal po sobie poznac, jak bardzo nie lubi kiedy ta gruba, napedzana wódką i narkotykami swinia nazywa sie go Heinim. Nawet matka tak do niego nie mowila. Jeszcze sie kiedys policzymy - pomyslal. Nie teraz, grubasie, bedziesz mi jeszcze potrzebny.

- Innymi łowcami nie przejmowalbym sie zbytnio- kontynuowal, odpedzajac slodka mysl o zemscie - To my wiemy gdzie i czego szukać. Tamci nie maja pojecia o naszych planach. Pojawili sie w okolicy bo wszyscy odszczepiency tu ciagna, ludzac sie mozliwoscia znalezienia schronienia przed gniewem slug Sigmara i oczyszczajacym ogniem naszych stosow. Okolice mamy dobrze rozpoznana. Nie wiemy tylko co czeka nas w samym miescie. Jesli natrafimy na duzy opor mozemy sie z nimi sprzymierzyc i wykorzytac do naszych celow. Potem beda mogli odejsc. Gdyby zaczeli cos podejrzewac trzeba bedzie zrobic im noc dlugich nozy.

- Nasi ludzie znalezli slady skavenow w okolicy- odezwal sie Wilhelm. Te scierwojady nie wylaza ze swoich smierdzacych nor na powierzchnie bez powodu. Moga narobic nam klopotow. Nie zapominajmy też o heretyczkach. Maja swoja siedzibe w miescie, napewno zechca pokrzyżowac nasze plany. Trzeba kiedys wreszcie wypalic ten wrzod! - jego oczy na moment rozblysly fantycznym zapalem - Pomoc naszych współbraci moze okazac sie niezbedna.

- Kiedy nasza misja powiedzie się - Aldorf ozywil sie po chwili ciszy, bedziemymy mieli mozliwosci aby ostatecznie rozwiazac tę palącą kwestie. Nie ma na swiecie miejsca dla tych czczacych demony lafirynd! Zrobimy z nimi porzadek - jego glos w podnieceniu zaczynal przybierac coraz wyzsze tony. Wydawalo sie, ze zgromadzonych czeka wysluchanie kolejnej przemowy. Uratowalo ich walenie do drzwi. Nie czekajac na zaproszenie do srodka pewnym krokiem wszedl poteznie zbudowany mezczyzna z ogolona na lyso glowa. Jego szata, bron, sposób w jaki sie poruszal nie pozostawiala zludzen co do tego kim jest. Gdyby ktos takowe zludzenia mial wytauowane na potylicy "Sigmar mit uns" rozwiewalo je ostatecznie. Przynajmniej umiejacym czytac.

- Wybaczcie spoznienie bracia, bylem pograzony w modlitwie - przemowil tubalnym głosem Sigmaryta.

- Bracie Hess - wszyscy zebrani skienli glowami, Hermann,Hainrich i Wilhelm nawet mocniej niz bylo zyczajowo przyjete. Najprawdopodobniej nie tylko z prawdziwego szacunku dla nowoprzybyłego, ale rowniez w podziece za uratownie przed wysluchaniem kolejnego "kazania" Aldorfa.

- Luthorze, omowilismy już plan naszego dzialania. - Hycler, ku wyraznej uldze łowcow zgubił wątek dotyczacy ostecznych rozwiazan palących kwestii - Zapoznamy cie z nimi w drodze. Wiedz, ze płomien naszej wiary jest rownie mocny jak twoj ale liczymy na wstawienicto u naszego Pana. Bedzie nam potrzebne tam dokad sie udajemy. Jednoczy nas wiara, wspolny cel i wrog. Teraz nie tracmy juz czasu. Pora zebrac ludzi i rozpoczac oczyszcznie tego padolu z zalegającego w nim plugastwa.

- Kocham zapach płonącego stosu o poranku - powiedzial Hermann. Wszyscy pokiwali w zadumie glowami. Widzieli juz oczami wyobrazni smazacych sie na wolnym ogniu wznawcow Chaosu. Heinrich cieszyl sie najbardziej.


Last edited by hexenjager on Pn May 25, 2014 10:32 AM; edited 2 time in total
Back to top
View user's profile
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Wt May 20, 2014 12:31 AM
Reply with quote

Kapitan Ahab nie odrywał oka od lunety. Zdało mu się, że na łodzi Ludzi Północy dostrzegł jakiś ruch. Po chwili dostrzegł dym i nikły poblask płomieni.
Coś dymiącego i płonącego oddzieliło się od łodzi, a może od brzegu rzeki. Z tej odległości nawet za pomocą lunety trudno to było ocenić.

Tymczasem na lewym brzegu rzeki, znacznie bliżej wychyliły się zza porastających brzeg zarośli kontury domostw. Po chwili było juz widać całą wioskę. Kilka zabudowań, niektóre najwyraźniej zniszczone pożarem. Przy brzegu do wystających z wody pali przywiązane były poniszczone sieci rybackie.

"Dobre miejsce na schronienie...", pomyślał kapitan i wydał rozkazy.

Flink, stary nawigator, dziś nadający się tylko do prostych prac na statku stanał obok kapitana.

- "Za cicho tutaj, kapitanie. Za cicho."

- "Flink, ty patrz tam, obserwuj, co to płynie. Jak będzie szło na nas, alarmuj. Może trzeba będzie zatopić. Niech chłopcy będą gotowi, ale strzelać tylko jak będzie trzeba. Bogowie wiedzą, co hałas mógłby na nas tu ściągnąć. A to " - wskazał ręką dziwny, dymiący obiekt na rzece - "może to nic dla nas."

Kotwica została rzucona i grupa pod dowództwem kapitana zeszła do szalupy. Po niecałym kwadransie byli już na brzegu.

- "Kapitanie! Tu są ślady!" krzyknął Flask, wskazując coś palcem - "O, i tut..."
- "Zawrzyj mordę idioto!" - świszczący szept Cybucha rozległ się tuż za jego plecami. Flask posłusznie zamilkł.

- "Przeszukać chaty" - zakomenderował ściszonym głosem Stary Ahab.

W tym samym momencie, jakby na tę komendę od strony lasu świsnęły strzały.

--------

Kiedy na brzegu trwała zacięta walka, w niewielkiej odległości od Pequod przepływała płonąca tratwa. W odległości na tyle niedużej, że stary Flink mógł dostrzec wśród płomieni kilkanaście leżących sylwetek. Gdyby jego wzrok nie szwankował tak bardzo jak szwankował już z racji wieku, być może dostrzegłby, że byli to wojownicy, że ich głowy, spoczywające na okrągłych tarczach osłaniały hełmy, a na piersiach, umieszczone pod splecionymi rękami spoczywały długie miecze, charakterystyczne, szerokie miecze Ludu Północnych Krain.

Back to top
View user's profile
duszy
Widzący
Widzący

duszy

Joined: lut 02, 2014
Posts: 1312
Location: 100lica
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Śr May 21, 2014 11:11 PM
Reply with quote

Odgłosy walki poprowadziły ich w głąb miasta. Na niewielkim wzniesieniu, otoczonym zabarykadowanymi ulicami, znajdowała się zrujnowana wieża. Z naprzeciwka, z utrzymanego w zaskakująco dobrym stanie zajazdu wylewała się horda szczuroludzi.
- Tą drogą dojdą do łodzi - warknął Hrólf, wyciągając topór. Reszta klanu dopiero rozładowywała łódź i rozbijała obozowisko. Svein i Porunn zajęli pozycję w ruinach budynku, ich łuki miały zapewnić reszcie klanu osłonę. Pozostali ruszyli do przodu, odciąć szczuroludziom drogę. Skądś, z drugiej strony wieży doszły ich odgłosy walki i okrzyki, w znajomym języku.
- Kislevici - rzucił Ragnarr - Trzymajcie się od nich z dala, najpierw zabezpieczymy obóz i rozejrzymy się.
Ansgar wyszeptał modlitwę do Ulrica, zwykle pozwalała mu przyjąć postać wielkiego białego wilka, awatara Ulrica. Ostatnimi czasy jednak przemiana była zaburzona, Ulfwerenar, tak norsemeni nazywali pół-ludzi, pół-wilki. Wciąż miał nadzieję, że to znak szczególnej łaski od Ulrica, nagroda za to, że nie utracił wiary, nie uległ wpływom pogańskich bogów Ragnarra i reszty, ani tym bardziej wpływom mrocznych potęg...
Walka nie trwała długo, szczuroludzie zawrócili i uciekli. Niestety w krótkim starciu poległ Igolf, jego duch ucztuje już przy stole przodków. Zgodnie z rozkazem jarla banda wycofała się, unikając walki z Kislevitami. Gospodarowie są bitnym ludem, a norsi nie spodziewali się ich tak daleko na południu. Bez zwiadu i zaciągnięcia języka nie było sensu ryzykować.

Back to top
View user's profile
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Cz May 22, 2014 11:36 AM
Reply with quote


"Zadanie miało być łatwe - dostać się do doków, gdzie ludziki zacumowały łódź. Wejść na łódź, wytępić ludziki i zabrać jedzenie i broń. Szef Quissk był zadowolony ze swojego planu. O tak-tak, bardzo zadowolony. Ale okazało się, że był bardzo głupi! Mądry Gnash wiedział, że to się nie może dobrze skończyć. Ludziki czekały w zasadzce! I miały ze sobą bestie, wielkie bestie, zębate i szponiaste! Mądry i dzielny Gnash walczył dzielnie, ale wrogów było więcej. Chytry Gnash musiał udawać nieżywego. I udałoby mu się, gdyby nie te parszywce z sieciami! Złapały Gnasha i nie wiadomo, co z nim teraz będzie!
Jak Gnashowi uda się uciec, będzie czekał na okazję, o tak-tak - zaczeka na dobrą okazję! Przegryzie gardło głupiego Quisska i zajmie jego miejsce. O tak-tak, dzielny Gnash będzie Wielkim Szefem. Ale jak stad uciec? Jak uciec..."

Szczurze rozmyślania więźnia przerwały głosy. Wielki mężczyzna odwiązał linę od metalowego kółka przymocowanego do ściany i szarpnął. Szczuroczłek przewrócił się na klepisko jamy. Piszczał coś, ale ludzie nie zwracali na to uwagi. I tak nie zrozumieliby szczurzego języka - ludzkie ucho nie było zdolne do usłyszenia połowy dźwięków i akcentów, niezwykle istotnych w skaveńskiej mowie. A gdyby nawet zrozumieli, nie obchodziłyby ich narzekania i błagania o łaskę, które wydobywały się ze szczurzego gardła.

Gnash został brutalnie zaciągnięty i rzucony na małą okrągłą arenę. Znajdowała się w jakimś dużym pomieszczeniu pod ziemią, czarnoszczur instynktownie wyczuwał głębokość - jakieś piętnaście ogonów od powierzchni.

Na niskie, drewniane ogrodzenie areny zewsząd napierali ludzie, wrzeszczący coś i szczerzący te swoje małe ząbki i wydający z siebie odgłosy podobne do szczekania psów. Wyściełający arenę piasek był miejscami bury od krwi, która wsiąkała w niego w czasie niezliczonych walk, jakie się tu odbywały. Smród ludzkiego potu i ekskrementów mieszał się ze słodkawym zapachem krwi.

Jeden z ludzi rzucił pod nogi Gnasha drewnianą pałkę i sztylet - te same, którymi walczył na powierzchni! Szczuroczłek doskoczył do broni. Uzbrojony przyjął postawę bojową i czekał. Wiedział już, że będzie musiał walczyć. Nogi trzęsły mu się ze strachu, po nodze ciekła strużka gorącego moczu. Ale instynkt nakazywał mu zrobić wszystko, żeby przetrwać. Trzymać twardo broń i walczyć, walczyć do końca.

Kiedy na arenę wszedł tamten człowiek, Gnash odskoczył jak najdalej od niego. Przeciwnik był przerażający. Dziwaczny hełm z kolcem na czole, wielki miecz, kolczaste metalowe rękawice, łuskowa zbroja nosząca liczne ślady uderzeń i poplamiona zaschniętą krwią. To nie był zwykły "ludzik", z jakimi Gnash wielokrotnie się już mierzył. To był potwór!

Spod hełmu wydobył się wściekły ryk i gladiator skoczył na szczuroczłeka, wyprowadzając zamaszysty, bijący na ukos z góry cios mieczem.

Ale Gnash nie był pierwszym lepszym klanbratem. Jego szybkość była obiektem zazdrości jego pobratymców, a dla ludzi musiała być wręcz nieprawdopodobna.

Szczuroczłek czmychnął pod ramieniem człowieka i sam wyprowadził cios pałką, mierząc w nerki gladiatora. Niestety, pałka odbiła się od blaszanej płyty osłaniającej plecy człowieka, nie robiąc mu żadnej szkody. A potem było już bardzo źle. Na nieszczęsnego Gnasha spadła lawina ciosów, których ten z coraz większym trudem unikał.

Aż w końcu cios stalowej rękawicy dosięgnął głowy szczuroczłeka. Gnash padł oszołomiony, a jego przeciwnik w ułamku sekundy przygwoździł go swoim ciężarem, blokując nogami łapy a dłonią w rękawicy chwytając za szczurzą szyję. Gnash wyszczerzył siekacze, próbując jeszcze gryźć, ale nie miał szans. Gladiator uniósł wyszczerbiony, krzywy miecz. Odsłonił zęby w krzywym, tryumfalnym uśmiechu i rozejrzał się wokół.

Widzowie byli w amoku. Wrzask wypełnił pomieszczenie, tu i ówdzie słychać było brzęk monet zmieniających właściciela. Mało kto postawił na nieszczęsnego szczura. Zjadacz Oczu nie trafił dotąd na przeciwnika, któremu udałoby się go poważnie zranić. Jednak nie walczył jeszcze z nikim, kto miałby ogon...

Gnash czuł, że jego koniec jest bliski. Stalowa dłoń na jego szyi zaciskała się coraz mocniej, odbierając mu oddech. Ale instynkt, instynkt przetrwania kazał mu wierzgać, wierzgać ile tylko jeszcze starczy sił, wierzgać nogami i zamiatać ogonem. Ogonem, którym nagle wyczuł coś - coś wystającego z piasku, coś, na czym zawinął chwytny koniec, co wyszarpał i czym rozpaczliwie, zbierając całą resztkę sił uderzył! wbijając się, wwiercając się jak najgłębiej.

Początkowo nie było wiadomo, co się właściwie stało. Gladiator z jakiegoś powodu nazywany "Zjadaczem Oczu" zastygł nagle w bezruchu, wypuścił z uniesionej ręki miecz, a spod rogatego hełmu wydobyło się zwierzęce wycie. Wycie, w którym słychać było niewyobrażalny ból.

Ucisk na gardle szczuroczłeka ustąpił, co ten natychmiast wykorzystał, wbijając zęby głęboko w przedramię człowieka. Trysnęła krew, ale człowiek zdawał się nie zwracać już na tę paskudną ranę uwagi. Zerwał się na nogi, ale ustał tylko krótką chwilę. Na tyle krótką, żeby tłum otaczający arenę zobaczył strumień krwi cieknący gladiatorowi po udach.

Kiedy po dwóch lub trzech szybkich oddechach kończonych bolesnym skowytem padł na kolana, Gnash doskoczył do niego i bił i dźgał.
Bił i dźgał nie przerywając nawet, kiedy konwulsyjne drgawki ścierwa, które było kiedyś człowiekiem całkowicie ustały. Jego furię powstrzymała dopiero sieć, którą znów go obezwładniono. Po krótkiej szamotaninie musiał się poddać. I znów trafił do nory, w której przywiązali go liną do ściany.

Po jakimś czasie jakiś zakapturzony człowiek przyniósł mu jedzenie. Surowe mięso jakiegoś zwierzęcia. Gnash łapczywie pożarł mięso, nie zwracając uwagi na to, że człowiek coś do niego mówił. Mówił cicho i łagodnie, jakby chciał coś wytłumaczyć. Ale dla Gnasha liczył sie teraz tylko słodki smak świeżego mięsa. W jego żyłach znów zaczął krążyć Sssskirrrrk, szczurzy duch, nakazujący węszyć, szukać, gryźć, biegać, kopulować i knuć. Tak, Gnash znów czuł w sobie życie. I kiedy przełykał ostatnie kęsy, już wiedział, co musi zrobić. Musi przegryźć linę. Przegryźć linę.

Lina ustąpiła po wielu godzinach żucia, memłania i szarpania. Gnash stracił przy tym 3 zęby i obłamał jeden z siekaczy, na szczęście uszkodzenie nie doszło do zębiny, więc siekacz miał szansę odrosnąć. Dziąsła krwawiły obficie, ale lina była przegryziona. Niestety, na drodze do wolności była jeszcze jedna przeszkoda. Krótki korytarz skręcił w prawo i drogę szczuroczłeka przegrodziła stalowa, zamknięta na kłódkę krata. Tego już nawet ostre i mocne skaveńskie zęby nie miały najmniejszych szans pokonać. Szczuroczłekowi pozostało więc wrócić do jamy i czekać.

Człowiek, który przyniósł mu kolejna porcję jedzenia okazał się bardzo łatwy do zabicia. Gnash pożywił się jego świeżym, soczystym mięsem po czym odgryzł mu głowę, którą zawinął w szmatę oderwaną od ubrania nieszczęśnika i przywiązał sobie do pasa. "Przyda się, kiedy wróci do braci"

----

- "Mówię ci, Klaus, na tym szczurze zarobimy górę złota. Widziałeś, co zrobił ze Zjadaczem? Powiadam ci, podkarmimy go, wsadzimy w jakieś żelastwo i będzie srał koronami!"
- "Dobrze szef gada, aby tylko te smrody, te łowce się nie wywiedziały, bo kłopoty bedom"
- "Nikt się nie wygada, mówię ci Klaus. Chciałby kto życie podłożyć, albo na arenie skończyć? Srają ze strachu przede mną i przed Kudłatym, mówię ci. A spojrzyj tylko - dla zabawy postawiłem na tego szczura pięć koron i co? Dziesięć do jednego i patrzaj - a to tylko jedna walka była! Kudłaty pianę toczył, jak mi wypłacał. Nie dość, że stracił Zjadacza, to jeszcze tyle złota. Mówię ci, Klaus, w końcu to my będziemy górą."

Czający się w ciemnym kącie Gnash nie rozumiał ani słowa z rozmowy. Ale wiedział, że oto przed nim otworzyła się szansa. Nie tylko wrócić do swoich, ale jeszcze wrócić z pękatym mieszkiem pełnym żółtego metalu. Co prawda to nie to samo, co spaczkamień, ale Gnash znał pewnego brata...

Człowiek okazał się ślepy i głuchy. Nie dostrzegł ani nie usłyszał niczego, kiedy chował sakiewkę w skrytce we wnęce korytarza. Kiedy pogwizdując odchodził zadowolony, Gnash z łatwością rozpoznał obluzowany kamień, wciąż jeszcze śmierdzący od dotyku człowieka.

Świtało już, kiedy czarnoszczur Gnash wrócił do swoich jako bohater.

Back to top
View user's profile
Skavenblight
Widzący
Widzący

Skavenblight

Offline

Joined: marca 06, 2011
Posts: 1457
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Sb May 24, 2014 08:13 PM
Reply with quote

Ciche skomlenie psa działało na nerwy większości kompanii. Jako jeden z nielicznych, Grom z nietypowym dla ogra współczuciem spoglądał na swego przyjaciela. Zdechlak żył, ale strzał łowcy czarownic wyraźnie go wystraszył i rozharatał skórę na grzbiecie. Również Wilfried nie zdradzał oznak zdenerwowania. Przyzwyczajony przez lata do towarzystwa zwierząt, ze spokojem opatrzył ranę Zdechlaka i ponownie zapadł we właściwe sobie milczenie. Kapłan nieczęsto się odzywał, choć niemal cały czas się modlił. W dalszych krewnych wzbudzał raczej lęk niż zaufanie, jednak Gerhard upierał się przy jego towarzystwie. Bernhard wzruszył ramionami. Coś od rana budziło jego niepokój, ale starał się to ukryć. Nie było to spowodowane obecnością kapłana, ogrów czy nawet skowytem nieszczęsnego psa. Nie przepadał po prostu za otwartymi przestrzeniami i liczył bardzo, że w Mordheim akurat ich uniknie. Niestety, los i rozkaz Gerharda rzuciły go znowu w zupełnie niewłaściwe miejsce.

Trudno było nazwać to miejsce miastem. Wyglądało tak, jakby wszyscy bogowie Chaosu spierali się o jego przeznaczenie. Dwie zrujnowane kamienice stały niemal w szczerym polu. Nieopodal jakieś prymitywne stworzenia - orkowie albo zwierzoludzie - zbudowały niewielką strażnicę. Prócz tego płaski teren porastały niskie drzewa. Drzewa w Mordheim w niczym nie przypominały tych, które krewniacy z Ostlandu widywali u siebie. Całą tutejszą roślinność toczyła jakaś choroba. Dla Bernharda, niemłodego już i zaprawionego w boju, była bardziej niepokojąca niż rozwleczone na każdym rogu wyprute flaki.

- Słuchaj Gerd, popraw mnie, jeśli się mylę - odezwał się do swego kuzyna i dowódcy. - Pies Groma naszczał do buta któremuś z tych szurniętych fanatyków. Gdyby facet był lepszym strzelcem, może pozbylibyśmy się problemu, a ty chcesz ścigać ich po tej cholernej wsi, bo na miasto toto nie wygląda?
- Przecież nie o psa tu idzie - zdenerwował się Gerhard. - Słyszałeś, co oni tam wtedy mruczeli pod nosem?
- Wiesz, w knajpie zwykle koncentruję się na piciu...
- No to ci mówię, że jest trochę złota do zdobycia - dowódca rozejrzał się, jak zdawało się Bernhardowi, nerwowo. - Jeśli chcemy rozkręcić większe poszukiwania, to musimy zdobyć środki. Gruag żre więcej, niż sądziłem, a i Grom wzbogacił ostatnio dietę. Złupimy tych wariatów i będziemy jak dziadek Ludwig po bitwie pod Kamiennym Mostem. Wilfried od rana modli się o siłę.

Bernhard znał historię o Kamiennym Moście i nieraz marzył o podobnym zwycięstwie, ale słowa Gerharda uznał za tani chwyt. Zamilkł jednak chwilowo i podążył za ogrami.

Bełt przeleciał łokieć od niego i wbił się w pień drzewa. Ogry nawet się nie zatrzymały - nie zwykły przejmować się podobnymi rzeczami.

- Czekali na nas - mruknął Gerhard. - Nie zatrzymujemy się.
- Jasne, w sumie po co się rozglądać - zadrwił Franz. - Przecież wszystko jedno, kto do nas strzela.
- Przecież dobrze wiesz, kto! - warknął dowódca. - A co do reszty, to mnie interesuje głównie, skąd strzelają. Zdaje się, że to akurat wiemy. Zdaje mi się też, że słyszę z dala ujadanie jakichś psów. Rusz więc dupę, a dobiegniemy może za tamten mur, zanim nas powystrzelają.

Kolejny bełt przypomniał Bernhardowi, dlaczego nie cierpiał otwartych przestrzeni. Rzadko zdarzało mu się walczyć z uzbrojonym w łuki czy kusze wrogiem - wszak zwierzoludzie takich broni nie znali - ale wiedział, że w takich sytuacjach lepiej nie stać w otwartym polu. A tu nie było wyboru. Do najbliższej osłony mieli daleko, niezależnie od kierunku, w którym by podążali.

Krew trysnęła drobnymi kropelkami na twarz Franza. Gdyby bełt trafił w człowieka, być może skończyłoby się amputacją ramienia, ale ramię Gruaga zostało zrobione z twardszego materiału. Ogr tylko jęknął i bez słowa ułamał bełt tuż przy skórze.

- Się zagoi - burknął.
- Grom znaleźć tego, który strzelił do Zdechlak? - zapytał Grom z nadzieją w głosie. - Grom zrobić łomot i dać jego flaki dla Zdechlak na obiad. Wódz powiedział, że Grom zrobić łomot!
- Grom zrobić łomot - potwierdził Gerhard. - Ale teraz bądź tak dobry i biegnij jak najszybciej, żeby schować się tam za murem.

Spryciarz, pomyślał Bernhard. Właśnie zza tamtego muru nagłośniej dobiegało ujadanie psów. Ogry dobrze radziły sobie z taką sforą, jeśli tylko były wystarczająco szybkie, by zaatakować jako pierwsze.

Następny bełt przeleciał między nimi. Bernhard był pod wrażeniem precyzji strzelca. Szli bardzo zwartą grupą, a jednak trafiony został Reinhard, który szedł na samych tyłach. Jeśli łowcy czarownic pamiętali ich z awantury w karczmie, to wiedzieli, gdzie celować - garłacz Reinharda był bronią zawodną, ale przy odrobinie szczęścia śmiercionośną. Chłopak padł na ziemię - przytomny, ale lekko otumaniony.

- Reini?! - rzucił Franz w panice.
- Będę żył - zacharczał chłopak. - Lećcie beze mnie.
- Czekaj, chłopcze - odezwał się Wilfried. - Pozwól, że opatrzę ci tę ra...

Tym razem szybki strzał powalił kapłana. Spod gęstej rudej brody dobiegł tylko przeciągły jęk. Wilfried szczęśliwie upadł tuż za jakąś skleconą prymitywnie barykadą - wróg przynajmniej nie dosięgnie go ponownie.

- Kto wypuszcza te kurewskie strzały?! - zdenerwował się Franz. - Gerd, myślisz, że powinniśmy...
- Zamknij ryj i biegnij!

Bernharda ogarnęła panika. Nie pierwszy raz się bał. Tylko idioci i pijacy nie odczuwali strachu w otoczonej dziką puszczą rodzinnej wsi. Bernhard znał to uczucie od dziecka i od dziecka umiał je ukrywać. Ale panika - ten moment, kiedy już śmierć zagląda w oczy - to było zupełnie co innego. Puścił się dzikim pędem przed siebie, ledwie mając przed oczami oddalony o całe mile - jak się zdawało - mur. Jeszcze chwila. Jeszcze kilka kroków. Jeszcze tylko kilka kro...

Nie usłyszał już krzyku brata. Jego umysł ogarnęła ciemność.


***

Ciemność wciąż panowała, gdy Bernhard otworzył oczy. Obok niego leżał Reinhard, jęcząc przez sen z bólu, choć jego rany zdawały się niegroźne. Chłopak wciąż przyciskał do piersi garłacz.

Bernhard spróbował usiąść, ale zakręciło mu się w głowie. Rozłożył ręce i wymacał szorstką tkaninę - widać zanieśli ich do namiotu. Jęknął głośno. Czuł, że coś jest nie tak. Choć nie odczuwał żadnego bólu, czuł, że coś się zmieniło. Jeśli nie na zewnątrz, to w nim, gdzieś głęboko w środku.

- I co? - usłyszał za plecami spokojny głos Gerharda. - Lepiej się czujesz? Nie przejmuj się, udało nam się zarobić. Dojdziesz do siebie. Franz zaraz przyniesie trochę pi...
- Kurwa mać! Jak ci zaraz łomot spuszczę, ty pomiocie rogatego kozła, ty śmierdząca... - wrzasnął Bernhard, wymachując rękami. - Ja... ja... - rozejrzał się wokół, zdezorientowany, cichnąc nagle. - Nie wiem już, co się dzieje. - Zaczął gwałtownie drżeć.

- I jak tam z nim? - zagadnął Franz. - Kufelek na wzmocnienie może?
Gerhard odwrócił ku niemu pobladłą twarz.
- Boję się, że tu kufelek nie pomoże - szepnął i skinął głową na rozdygotanego kuzyna. - Na Taala, Franz, jeszcze nie widziałem go takiego. Jeśli nie dojdzie do siebie...
Franz obrzucił brata spojrzeniem. Na jego twarzy również pojawił się niepokój, ale po chwili zniknął. Franz nigdy nie przejmował się niczym zbyt długo. Zwykle umiał znaleźć rozwiązanie każdego problemu.
- Spokojnie, Gerd - klepnął kuzyna po plecach, wciąż ściskając kufel piwa w drugiej dłoni. - Chyba wiem, co robić. Tam w karczmie był taki typek, Rudi Meissner. Pamiętasz, mówiłeś, że takiemu za samą twarz już trzeba by wklepać. Dobrze, że jednak tego nie zrobiłeś. Przed chwilą pytał mnie, czy nie chcę kupić trochę karmazynowego cienia...


_________________
Back to top
View user's profile Visit poster's website
hexenjager
Przebudzony
Przebudzony

hexenjager

Offline

Joined: May 16, 2014
Posts: 222
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Pn May 26, 2014 04:36 PM
Reply with quote

- To był prawdziwy blitzkrieg, Aldorfie - "Lokaj" po raz kolejny udowadniał trafność swojego przezwiska - genialnie wybrałeś teren i ustawiłeś ludzi do walki z tymi kmiotami i ich spasionymi ogrami.
Aldorf, wyjątkowo łasy na pochlebstwa pod swoim adresem uśmiechał się pod starannie przystrzyżonym wąsikiem. Musiał przyznać, że mimo jego niekwestionowanego taktycznego geniuszu walka poszła łatwo. Za łatwo...
- Nie okazali należytego szacunku i spotkała ich za to kara. Te prostaki zastanowią się następnym razem zanim wejdą w drogę komuś takiemu jak ja. Niech się cieszą, bo wykpili się wyjątkowo tanim kosztem.

Teren był sprzyjający dla strzelców - Aldorf rozpamiętywał w myślach niedawną potyczkę. Rozstawił kuszników w ruinach dających dobre pole widzenia i osłonę przed wrogim ostrzałem. Reszta ludzi pod dowództwem Hermanna czekała w ukryciu gotowa do ataku na próbującego zbliżyć się przeciwnika. Spuszczone psy myszkowały w ruinach.

Schellenberg, strażnik dróg, którego łowcy wynajęli jako zwiadowcę udowodnił swoją przydatność. Wart był każdej wydanej na jego usługi korony. Wypatrzył i ostrzelał napotkanych Ostlandczyków ze swojej kuszy. Potem wycofał się sprytnie wciągając ich prosto w zastawioną pułapkę. Ogry ruszyły z rykiem aż wylatywała w powietrze trawa wyrywana spod ich stop. Aldorf zatrząsł się w duchu na samo wspomnienie tych bestii. Widział jak wystrzelony z kuszy bełt wbił się w ramie jednego z nich. Olbrzym nawet nie zwolnił, wyrwał jedynie pocisk z rany i popędził dalej. Przerażała go i jednocześnie fascynowała ich brutalna nieokiełznana siła. Mimo swojej tępoty stwory mogły okazać się cennymi sprzymierzeńcami. Może kiedyś wynajmę takiego ochroniarza? Mając to monstrum za plecami wzbudzałbym jeszcze większy respekt w całym napotkiwanym motłochu i stających na mojej drodze przciwnikach.

Pociski z ich kusz wylatywały co chwila w kierunku pędzących Ostlandczyków. Aldorf, niczym mityczny bohater z zamierzchłych czasów stał na podwyższeniu prawie nie kryjąc się przed ostrzałem. To, że przeciwnik nie strzelał, gdyż najwyraźniej poza garłaczem - bronią o małym zasięgu - nie miał z czego strzelać, wcale mu nie przeszkadzało w takim wyobrażeniu swojej osoby. Jego strzelcy wiedzieli kogo należy wyeliminować w pierwszej kolejności. Najgroźniejszy wydawał się cudak z jelenimi rogami na głowie. Sigmar jeden wie jakie diabelskie sztuczki mógł mieć w zanadrzu? Kolejnym celem był młody chłopak uzbrojony w garłacz. Broń równie groźną co zawodną. Atakujących było zaledwie siedmiu jednak dwa ogry stanowiły wystarczający powód do jak najdłuższego unikania bezpośredniego starcia. Wątpił czy łowcom udałoby się powstrzymać uderzenie takiej masy mięśni, chociaż przewaga liczebna była po ich stronie. Nawet psy, rzucające się zazwyczaj bez chwili wahania na każdego przeciwnika teraz siedziały zdezorientowane za niskimi ruinami jakiegoś budynku nie myśląc nawet o wystawieniu stamtąd choćby końcówki ogona. Szczekały i powarkiwały tylko od czasu do czasu, jednak bez większego zapału, wyraźnie wyczuwając zagrożenie.

Celny strzał położył chłopaka z garłaczem. Kolejna salwa okazała się już zabójcza. Najbardziej dla morale atakujących kmiotków. Hainrich trafił jednego z biegnących ludzi, któremu udało się jednak odczołgać za jakaś zasłonę. Sam Aldorf ustrzelił cudaka z jelenimi rogami na głowie. Reszta bandy rozpierzchła sie jak owce przed atakującym wilkiem. Udało im się jednak wywlec trafionych towarzyszy. Było po walce...

-Szkoda, ze nie mogłem dorżnąć rannych - pomyślał szczerze zmartwiony Hainrich. Gdyby tak udało się wziąć któregoś żywcem - rozmarzył się na moment. Jeszcze kiedyś ich dopadnę.
Na długą listę jego wrogów trafiły kolejne osoby...

.


Last edited by hexenjager on Cz czerw 05, 2014 12:11 PM; edited 1 times in total
Back to top
View user's profile
Skavenblight
Widzący
Widzący

Skavenblight

Offline

Joined: marca 06, 2011
Posts: 1457
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Pn czerw 01, 2014 12:35 PM
Reply with quote

Wilfried siedział przy ognisku nieruchomo, wciąż wpatrując się w dogasające płomienie. O tej porze ogarniał go zwykle spokój. Głowa bolała go jeszcze, ale wiedział, że to skutek uboczny naparu, jaki zażył, by nie dopuścić do zakażenia rany. Nawet o powierzchowne zadrapania należało zadbać. W dziczy ludzie nieraz zarażali się strasznymi chorobami po małym ugryzieniu przez niepozorne zwierzę. Franz i Reinhard kilka godzin temu wybrali się do karczmy, Gerhard studiował mapę, Bernhard zapadł w płytki, niespokojny sen. Ogry gdzieś przepadły - zapowiedziały, że mają zamiar zjeść ususzonego na palu trupa centigora, którego minęli wracając do obozu.

Kapłan wyszeptał cicho słowa modlitwy. Zwykle nie mówił wiele, rozmawiając z Taalem. Taal mówił do niego poprzez naturę - rośliny, zwierzęta, powiewy wiatru i ciepłe deszcze. Nie oczekiwał od niego kwiecistych modlitw i klęczenia w świątyni. Był prawdziwy, był wszędzie, nawet w miejscach nietkniętych stopą człowieka. Szczególnie tam. Dawał ukojenie każdemu, kto zechciałby się do niego zwrócić. A Wilfried oddał mu swoje życie już dawno...

Franz i Reinhard wrócili w dobrych nastrojach; wydawali się nawet podekscytowani. Bernhard przebudził się i usiadł, spoglądając z wyczekiwaniem.

- Przykro mi - rzucił Franz. - Rudi nie żyje. Dźgnęli go nożem w tej zaszczanej bramie, wiesz, niedaleko Cmentarnej. Ale spokojnie, znajdę kogoś innego.
- Dam radę - mruknął jego brat.
- Tato - Reinhard szarpnął Franza za rękaw, jakby znów był małym dzieckiem. - Tato, powiedz im o...
- A właśnie - uśmiechnął się Franz. - To powinno ci się spodobać, Gerd. Weź oderwij się na chwilę od tej mapy. W karczmie mówili, że za cmentarzem jest nawiedzony dom.
- Bywa - Gerhard ledwie podniósł na niego wzrok. - Zwłaszcza w okolicach cmentarza.
- Ale stryju, poszliśmy tam! - wypalił Reinhard, podniecony. - Widzieliśmy z daleka. To nie jest żaden nawiedzony dom! Normalnie potwór tam mieszka, taki jak opowiadała babcia, wiesz, jak orkowie najechali Kripperstadt...
- W Kripperstadt, według wszelkich źródeł historycznych, była wyverna - odrzekł Gerhard. - A my jesteśmy w Mordheim. I nie widziałem tu orków.
- Cokolwiek to było, pragnę zwrócić uwagę na to, że potwory na ogół są zostawiane do pilnowania skarbów - zauważył Franz. - Zawsze warto sprawdzić.

Wilfried spojrzał na domniemanych kuzynów z niepokojem. Nie żal mu było potwora. Potwory stworzył Chaos, by zadać gwałt na naturze, tak ukochanej przez Taala. Wiedział, że bóg nie będzie mu miał za złe, jeśli weźmie udział w polowaniu na taką bestię. Ale intuicja podpowiadała mu, że skończy się to źle. Nie potrafił wyrazić, skąd wzięło się to przeczucie, ale było silne. A silne przeczucia zdarzały mu się rzadko i niemal zawsze się sprawdzały.

Głośny ryk zwiastował nadejście ogrów. Grom i Gruag śpiewali jakąś ogrzą piosenkę, przeżuwając ostatnie kawałki centigora. Byli wysmarowani krwią - aż dziw, że tyle jej jeszcze było w tym zeschłym trupie - i wyjątkowo zadowoleni.

- Mamy odpowiednie siły - Franz wskazał na ogry. - Można by spróbować.
- Teraz jesteście odważni, a co potem? - burknął Gerhard. - Poza ogrami większość z nas nie nawykła do widoku potworów. Zesracie się w gacie.
- Można by wziąć kogoś, kto się aż tak nie boi - Bernhard spojrzał na kuzyna znacząco. - Sam mówiłeś wczoraj, że Paul tylko żre i chleje. Wiesz, że jest tak głupi, że aż odważny, da sobie radę. Pamiętasz? Zabrałeś go tu, by zrobić z niego mężczyznę...
- Jak będziesz miał syna, to go poślij! - warknął Gerd. - Łatwo mówić komuś, kto nigdy nawet sobie baby nie znalazł.
- Ja swojego posłałem - odezwał się cicho Franz. - Nie miało być łatwo, prawda? Utrzymanie tej całej hałastry kosztuje. Kto chce jeść i pić, musi zapracować. Jeśli nie będziesz traktował każdego równo...

Wilfried zamknął oczy. Mroczna wizja zawładnęła nim całkowicie.

***

Wszystko szło zgodnie z planem. Gerhard zaplanował atak z góry - na szczęście od zrujnowanej wieży strażniczej do domu, który miał być leżem potwora, prowadziła kładka. Ogry miały iść przodem. Drewniana kładka wyglądała dość solidnie, ale na wszelki wypadek Gerd polecił Franzowi, Bernhardowi i Paulowi, by chwilowo zostali na dole. W razie niebezpieczeństwa mieli wspiąć się po linie na kładkę i dołączyć do reszty.

Niebezpieczeństwo niestety istniało - nie oni jedni dowiedzieli się o potworze wśród ruin. Z dala czaili się ludzie pod sztandarem Sigmara - inni niż ci, którzy tak haniebnie pokonali ich w polu parę dni wcześniej, ale równie niebezpieczni. Gdzieś wśród ruin huczały odgłosy walki - łowcy czarownic wyrzynali dzikusów z Północy, którzy również połasili się na domniemane skarby.

- Dobrze, że się biją - rzucił Reinhard. - Przyjdziemy, jak będą wszyscy osłabieni.
- To potwora mamy bić, chłopcze - zauważył Gerd. - Ludzie nas nie obchodzą.

Wilfried pokręcił głową. Mroczne wizje go opuściły, ale lęk pozostał. Zwykle nie odczuwał strachu - nie tak samo, jak inni ludzie - tym razem jednak ogarniał go dziwny smutek. Spojrzał przed siebie, na szerokie plecy Gruaga i czuł smutek. Spojrzał pod nogi, na kapelusz tkwiący krzywo na głowie Paula - i znów poczuł falę smutku. Potrząsnął głową i przełknął łzy, które całkiem bez powodu pojawiły się w jego oczach. Skoncentrował się na ryku potwora, dochodzącym ze zrujnowanego domu nieopodal.

Choć zdawało się to nieprawdopodobne, to istotnie była wyverna. Przynajmniej jeśli wierzyć rycinom ze starych ksiąg. Była oczywiście o wiele większa niż sobie wyobrażali. Taal nie pragnąłby, by tak wynaturzone stworzenie żyło na tej ziemi. Wilfried mógł mieć nadzieję, że dopomoże im w tej bitwie.

Z daleka rozległo się ujadanie sfory psów. To wystarczyło. Franz, Bernhard i Paul wrócili do wieży i wspięli się na kładkę. Gruag i Grom na szczęście zeszli już bezpiecznie na drugim końcu, wprost do leża stwora. Ostrzegawczy ryk zagłuszył nawet krzyki dzikusów i łowców z oddali. Psy ucichły, a większości Ostlandczyków zrzedły miny.

- Ej, Gruag - burknął Grom. - Pacz!
Głośne łupnięcie oznaczało zeskok na podłogę. Dla człowieka zeskok z pierwszego piętra mógłby zakończyć się tragicznie, ale Grom tylko stęknął, mimo niezbyt udanego lądowania.

Gruag nie zdążył tego zobaczyć. W bojowym szale rzucił się na potwora, który przysiadł niedaleko. Wilfried zamknął oczy i zaczął się modlić.

Taal odmówił pomocy. Gruag nie zdołał nawet trafić zwinnej wyverny i upadł z hukiem na ziemię, powalony serią potężnych uderzeń.

- Cholera - przeraził się Gerhard. - Nie tak miało być. Grom! Uciekaj!
- Grom pomóc Gruag! - zawołał ogr, unosząc broń.
- Grom, WON STAMTĄD! - ryknął Gerd.

Grom wycofał się niechętnie.

- Spokoooojnie, my się tym zajmiemy - Paul był w bardzo dobrym humorze. Ledwo patrzył pod nogi, biegnąc przed siebie. - Damy sobie radę, to maleństwo zaraz zapłacze.
- Paul, nie! - Gerhard nie zdążył złapać syna za ramię. Paul pobiegł już na drugą stronę kładki.
- Gdyby tak ktokolwiek mnie słuchał - dowódca rozpaczliwie rozejrzał się po towarzyszach. - Za nim!

Jak w zwolnionym tempie, oczom wszystkich ukazała się kolejna potworna scena. Wyverna zamachnęła się ogonem. Paul uniósł pustą butelkę po winie, zuchwale wpatrując się w ślepia bestii. Nie zdołał nawet się zamachnąć. Potężny ogon strącił go z piętra domu na ziemię, jakby był tylko szmacianą lalką.

- PAUL!

Nikt nie zwrócił uwagi na pierzchających w popłochu przybyszów z Północy. Nikt nie przyjrzał się ich oprawcom, którzy po cichu wkroczyli do domu, gotowi na kolejną walkę. Wszyscy spoglądali tylko na bezwładne ciało blondwłosego chłopca, leżące na podłodze w rosnącej kałuży krwi.

***

Chleb smakował popiołem. Wino smakowało krwią. Ostlandczycy siedzieli przy ogniu w milczeniu, większość zakryła twarze dłońmi. Gerhard wydawał się starszy o dziesięć lat. Kuzyni bali się spojrzeć mu w oczy.

- Mogłem go ocalić - w głosie dowódcy brzmiała pustka. - Mogłem go ocalić. Ci oprawcy...
- Podarowali mu bezbolesną śmierć - odezwał się Wilfried. - Rany były zatrute i zbyt poważne. Umierałby kilka godzin dłużej, w męczarniach. Tak było dla niego lepiej.
- Powiedz to Helenie, gdy wrócimy do domu - odrzekł cicho Gerhard. - Chcę, abyś powtórzył to kobiecie, która urodziła go w bólach siedemnaście lat temu i która kochała go bardziej, niż kogokolwiek, nawet swojego męża i drugiego syna.

Wilfried zrozumiał, że pora zamilknąć. Niepokój opuścił go już - wszystkie wizje się ziściły. Złe przeczucie nie zawiodło. Cóż z tego, jeśli zawiódł ten najważniejszy, któremu on, odarty z przeszłości człowiek, zawierzył wszystko?

Zawodzenie Groma było głośniejsze. Uciekając, musieli zostawić ciało Gruaga w ruinach. Było ich zbyt niewielu, by mogli go unieść. Jeśli nawet żył, gdy go zostawiali, zapewne został dobity przez łowców czarownic. Zdechlak wył razem ze swym panem, ale tym razem nikogo to nie zdenerwowało. Wszyscy byli zbyt przybici.

- Ty decydujesz, Gerd - odezwał się Bernhard. - Będziemy z tobą, jeśli zechcesz wrócić do domu. Ale ten koszmar nie skończy się tutaj. Nie zostawisz go za plecami, jeśli się odwrócisz i uciekniesz. Będzie szedł za tobą.

Gerhard podniósł na niego oczy, ale nie odpowiedział. Patrzył tylko przez chwilę, zanim po jego policzkach znów popłynęły łzy.


_________________
Back to top
View user's profile Visit poster's website
Myszor
Widzący
Widzący

Myszor

Joined: lut 11, 2014
Posts: 1278
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Wt czerw 03, 2014 11:26 AM
Reply with quote

Gnash był wściekły. Znów stało się to samo. Szef Quissk mający się za Niezwykle Przebiegłego Stratega znów poprowadził ich prosto w pułapkę zastawioną przez ludziki!

Z obu stron na skaveńskich braci posypały się strzały i bełty. Jakiś tchórzliwy ludzik chowający się za ścianą z bali wypuścił strzałę, która trafiła Gnasha w łeb, na szczęście nie przebijając twardej, szczurzej czaszki. Uderzenie jednak było tak silne, że oszołomiło czarnoszczura. Z kładki po której biegł spadł prosto na kupę gruzu i połamanych desek. Impet kolejnego, twardego uderzenia w szczurzy łeb pozbawił go resztek świadomości. Obudził się dopiero w środku nocy. Wokół pachniało strachem i ekskrementami. Bracia znów przegrali bitwę.

-*-

Szef Quissk siedział na swoim leżu tak jak zawsze, rozwalony, z brzuchem na wierzchu i wysoko zadartym nosem. Pod nim piętrzyła się kupa szmat, kości, desek, kamieni i skór posklejanych brudem i ekskrementami, tworzących wraz z wieńczącym je starym krzesłem (wygrzebanym gdzieś w ruinach) coś w rodzaju podwyższonego tronu. Spod skąpej przepaski z dziurawej szmaty częściowo wystawały imponujące jak na skavena genitalia. Dwie grube samice, najwyraźniej oczekujące kolejnego miotu leżały tuż obok. Zdawały się spać, ale pod półprzymkniętymi powiekami dało się dostrzec nikły, czerwony poblask. Były czujne, gotowe skoczyć do gardła każdemu, kto ośmieliłby się choćby warknąć na ich Pana.

Wokół panował typowy nieład, widać było, że niedawno skończyła się uczta. Pies zabity w ostatniej walce był wyjątkowo duży. Wszędzie walały się obgryzione kości, słodkawy zapach krwi wypełniał podziemna jamę. Tu i tam klanbracia kopulowali po kątach z samicami. Szef Quissk wiedział, że to jedyny sposób na odwrócenie ich uwagi od ostatniej klęski na Powierzchni. Gdyby nie kolejna partia młodych szczurzyc, dar od Tajemniczego Przybysza, szef Quissk z pewnością musiałby stawić czoła otwartemu buntowi. Oczywiście wiedział doskonale, kto pierwszy chciałby przegryźć mu gardło. Przeklęty Gnash... Wydaje mu się, że sam może być Szefem. Trzeba będzie pokazać mu jego miejsce...

-*-

Kiedy Gnash wszedł do jamy Szefa, piski i odgłosy dobiegające z kątów ucichły, tu i tam dało się słyszeć szepty i lubieżne powarkiwania. Gnash był obiektem uwagi większości samic, zarówno z racji mocnej budowy, praktycznie czarnego umaszczenia jak i z powodu ostatnich wydarzeń. Był oczywistym pretendentem do zajęcia miejsca Quisska, który był już stary i ponosił ostatnio same porażki. Konfrontacja była tylko kwestią czasu.

Gnash szedł prosto w stronę Szefa, trzymając nos wysoko, o wiele za wysoko. Gdyby nie fakt, że Quissk siedział na swoim podwyższeniu, nos Gnasha z pewnością znajdowałby się wyżej niż nos Szefa. Postawa czarnoszczura była wyzywająca, ogon poruszał się gwałtownymi, wężowymi skokami. Gnash zatrzymał się blisko krawędzi stosu, na którym siedział Quissk. Za blisko.

Quissk nie miał wyboru. Musiał potraktować zachowanie rywala jako zniewagę. Ryknął głośno i doskoczył do Gnasha. Ich nosy niemal się zetknęły. Gnash jednak ani drgnął.

I gdyby nie nagła eksplozja, z pewnością jeden z nich już za chwilę stałby się karmą dla reszty. Zielony błysk na krótką chwilę rozświetlił całą jamę, docierajac w najgłębsze zakamarki. Rozległ się głuchy łoskot, powietrze wypełniły elektryzujące iskry a tuż pod nogami Quisska i Gnasha klepisko dosłownie wybuchło, odrzucając ich pod przeciwległe ściany. Gnash uderzył o ścianę grzebietem z taką siłą, że odebrało mu oddech na dłuższą chwilę.
Quissk przeturlał się przez kilku skavenów, przewracając ich po drodze. Któryś z braci wrzasnął z bólu, kiedy wyrzucony w powietrze ostry kawałek kości wbił mu się prosto w nozdrze. Jednak po chwili znów zapadła cisza. Całkowita cisza.

Postać, która pojawiła się nie wiadomo skąd na środku jamy wzbudzała przerażenie. Była okazałego wzrostu i postury. Zdawała się roztaczać wokół mglisty mrok, uniemożliwiający dostrzeżenie szczegółów. Falujący płaszcz trudnego do określenia koloru okrywał całą postać, głowę zasłaniał głęboki kaptur. Pomarszczona i żylasta łapa uzbrojona w imponujące szpony trzymała kostur zwieńczony czarnym, wciąż jeszcze pulsującym zielonkawym blaskiem kamieniem. Kostur zdobiły barwione krwią strzępy materiału i pożółkłe ze starości ludzkie czaszki.

Szept, który wydobył się spod kaptura jawił się braciom jako głos samego Boga Szczura. Był cichy, a zarazem donośny. Spokojny, a zarazem przerażający. Szczurze gardła ścisnął strach i wszyscy, nie wyłączając Szefa Quisska i bohaterskiego Gnasha poczuli strumień moczu wypływający bez udziału woli z ich rozdygotanych wnętrzności.

"Parszywi nieudacznicy! Głos naszego Pana dotarł do Miasta Na Bagnach! Jak długo jeszcze będziecie go drażnić swoją obrzydliwą łagodnością? Jak długo jeszcze będziecie występować przeciw jego woli? Czyż nie posłał was tu, abyście gryźli gardła wrogów i gromadzili magiczny kamień do budowy Nowego Dzwonu? Nasz Wielki i Wspaniały Pan, Wielki Rogaty Szczur, Niech Jego Ogon Owinie Cały Świat, wysłał was, pożałowania godny pomiot na ważną misję, a wy, zamiast ją wypełniać, zamiast gryźć, palić i gwałcić przeciwne naturze ludziki na powierzchni, sami sobie skaczecie do gardeł? Gniew Naszego Pana jest niepowstrzymany! Nieudacznicy! Parszywi nędznicy! Koniec z tym!"

Głos przemawiającego ścichł nieco, nie stając się ani trochę mniej strasznym.

"Odtąd ja będę wydawał rozkazy. A wy... " - przerażający kostur zatoczył koło, wskazując Quisska, Gnasha i resztę braci - "... wy będziecie je wypełniać. Nieposłuszeństwo będzie odtąd karane wyłącznie jedzeniem brzucha! O tak-tak, po trzykroć tak!!!"

Zapadła grobowa cisza. Jedzenie brzucha było najstraszniejszą karą, jaką mógł sobie wyobrazić skaven. Przywiązany do pala i powoli pożerany żywcem przez pobratymców skazaniec umierał bardzo długo i w niewyobrażalnych męczarniach.

Tajemniczy Przybysz wspiął się na podwyższenie, które jeszcze przed chwilą zajmował Szef Quissk. Kiedy rozsiadł się na krześle i zdjął kaptur, wszystko stało się jasne.

Do Miasta Przeklętych przybył Szary Prorok.

Back to top
View user's profile
hexenjager
Przebudzony
Przebudzony

hexenjager

Offline

Joined: May 16, 2014
Posts: 222
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Pt czerw 06, 2014 04:14 PM
Reply with quote

- Co ty, kurwa, wiesz o odszczurzaniu? - zarechotał Gruby Hermann. Jego wielkie brzuszysko trzęsło sie w rytm. Po chwili zamilkł lapiąc sie za zraniony bok.
Leżący na łóżku Hainrich próbował się zaśmiać, zamiast tego rozkaszlał się tylko. Przyłożył do ust chusteczkę, po chwili upstrzyły ją plamki krwi. Mimo niechęci jaką się darzyli wspólna walka i ciągłe zagrożenie zbliżyły ich do siebie. Obaj odnieśli rany w ostatniej potyczce ze skavenami i spędzali teraz wspólnie dużo czasu wracając do zdrowia. Rany Hainricha były poważne, mógł już nigdy nie powrócić do dawnej sprawności.
- Aldorf ma pomysł, żeby zamykać ich w malych szczelnych pomieszczeniach i dusić gazem - powiedział. - Nazywa to gass-komorą. Co o tym myślisz?
- Ciekawy pomysł, warto się nad tym zastanowić - zamyślił sie Hermann. - Pójdę już, odpoczywaj. Jesteś jeszcze osłabiony. Jeżeli będziesz potrzebował czegoś na uśmierzenie bólu daj znać - Hermann obrócił się w progu, mrugnął porozumiewawczo i znacząco pociągnął nosem.
Hainrich został sam, pogrążony w ponurych rozmyślaniach.
- Czy już na zawsze będzie kaleką? Zamknął oczy i przywołał w pamięci wydarzenia ostatnich dni. Wydarzenia, które doprowadziły go do takiego stanu.
***
- Skaveni od czoła! - wysłany na zwiad Schellenberg przycwałował na swoim wałachu. - Będą chcieli się przebić, nie ma innego wyjścia z tej ulicy.
- Przeklęty pomiot chaosu! - Aldorf nawet w takiej sytuacji nie omieszkał przekląć wrogów - Ilu ich jest?
- Naliczyłem prawie dwudziestu.
- ...jego mać - "Lokaj" najwyraźniej nie był zachwycony całą sytuacją.
- Zajmijcie pozycje i nie dajcie się otoczyć. - rozkaz Aldorfa został wykonany błyskawicznie.
Jego ludzie wiedzieli co maja robić. Strzelcy rozbiegli się na obie strony zrujnowanej ulicy szukając dla siebie dogodnych pozycji. Teren nie był wymarzony do obrony - niewielki placyk z pomnikiem jakiegoś dawnego lokalnego bohatera po środku, otoczony całkowicie bądź częściowo zrujnowanymi budynkami. Kupy gruzu i resztki płotów dawały szanse na prawie bezkarne zbliżenie się do obu domów, które zajęli obrońcy. W oddali było już widać przemykające jak cienie przygarbione sylwetki szczuroludzi. Kreatury podzieliły się na dwie grupy próbując najwyraźniej wziąć ich w dwa ognie.

Schellenberg wysunął się na środek placu i strzelił o jakiegoś niewidocznego dla innych celu. Pisk i rumor walącego się na ziemie ciała świadczył o jego dobrym oku. Strażnik dróg obrócił konia. Nie widział już jak trafiony szczuroczłek podnosi się i składa do strzału. Szczęśliwie dla niego, oszołomiony odniesioną ranną chybił o włos. Kamień trafił w pomnik lokalnego herosa wydobywając głośny metaliczny dźwięk.

- Amelynium - powiedział ze pewnością w głosie bezzębny zelota o wyglądzie rasowego menela.
- Zamknij się Ribbentrop! - skarcił go drugi - pilnuj, żeby żaden szczur nie wlazł przez okno, bo Hainrich urwie nam jaja.
Luthor Hess, modlący się opodal na klęczkach kapłan-wojownik Sigmara nie zwracał na nich uwagi. Ślady po ranach odniesionych w niedawnej walce z bandą kultystów Chaosu i ich zmutowanymi bestiami były już prawie niewidoczne. Sigmar najwyraźniej czuwał nad swoim sługą. Przeciwnicy, przekonani że nie żyje, zostawili go nieprzytomnego. Zanim pierzchli przed nadchodząca odsieczą zrabowali jedynie sakiewkę z datkami na świątynię zebranymi w czasie podróży. Niska cena za ocalone życie. Jeden z zelotów i pies bojowy walczący u boku Luthora nie mieli tyle szczęścia. Zostali na zawsze w tej zapadłej dziurze. Towarzysze spalili zmasakrowane zwłoki, aby nie splugawiły ich żadne włóczące się w tej okolicy kreatury.

Piętro wyżej w tym samym budynku Hainrich klął pod nosem nie mogąc znaleźć celu dla swojej kuszy. Przysuwał się coraz bliżej krawędzi zarwanej podłogi i ziejącej pod nią przepaści kończącej się zasypaną gruzem posadzką niższej kondygnacji, na której klęczał modlący się Hess. Sylwetki skavenów pojawiły się na mgnienie oka w drzwiach, oknach i przerwach między budynkami. Zbyt krótko aby oddać celny strzał.

W domu po drugiej stronie ulicy Aldorf i Wilhelm zajęli miejsca na piętrze. Dołu pilnowali dwaj ludzie pod wodzą Grubego Hermanna stojącego teraz na środku palcu obok Schellenberga. Obaj bezskutecznie próbowali ustrzelić którąś ze zwinnie przemykających sylwetek. Strażnik Dróg wypłoszył olbrzymiego szczura ukrytego za płotem. Bydle było wielkości średniego psa. Znieruchomiało na jego widok, bełt wbity w deski płotu obok łba momentalnie je otrzeźwił. Wyskoczyło na 2 stopy w górę, przebiegło całą szerokość placu, zwinnie klucząc pomiędzy zwałami kamieni, aby zniknąć za kupą gruzu obok budynku zajętego przez Altfdorfa i Wilhelma. Obie grupy skavenów były już blisko. Obrońcy słyszeli ich popiskiwania i tupot bosych łap na posadzkach sąsiednich budynków.

Wielki szczur, wypłoszony wcześniej przez Shchellenberga, wybiegł ze swojej kryjówki wskoczył przez okno rzucając się do gardła najbliższemu z ludzi. Cios bojowego cepa rozpłaszczył go na posadzce jak mokrą szmatę. Hermann z zadziwiająca na jego tuszę prędkością znalazł się w środku i przygwoździł bestię szpikulcem topora. Podniósł upuszczoną w progu kuszę, zarepetował ją stając w drzwiach gotowy do strzału.
Szczuroludzie, widząc powstałe zamieszanie zdecydowali się na śmiały atak. Wysypali się cała chmarą z ukrycia miotając w biegu kamienie z proc. Wdrapywali się na kupy gruzu w poszukiwaniu lepszych pozycji. Grad kamieni poleciał w kierunku łowców. Modlitwy Luthora zostały najwyraźniej wysłuchane - wszystkie pociski odbiły się od ścian bądź pancerzy nie czyniąc nikomu żadnej szkody. Za to wystrzelona w odpowiedzi porcja bełtów zebrała krwawe żniwo. Skaveni padali, staczali się z dopiero co zajętych podwyższeń brocząc obficie ciemną posoką. Parli jednak naprzód mimo strat. Masa futrzastych ciał i wyszczerzonych zębatych pysków była coraz bliżej.

Kolejna salwa skavenów oddana z bliższej odległości była celniejsza.

Wilhelm zaśmiał się widząc efekty swojego strzału. Trafiony skaven padł jak ścięte drzewo. Łowca repetował kuszę, kiedy w oknie domu po przeciwnej stronie ulicy pojawiła się sylwetka wielkiego szczuroczłeka wykonującego gwałtowny ruch owłosiona łapą. Wilhelmowi świat zawirował przed oczami, poczuł jeszcze jak spada w pustkę. Gruchnął z impetem na jakieś resztki mebli pomieszane z gruzem. Wypuszczona z rąk kusza roztrzaskała się obok. Ogarnęła go ciemność.

Zraniony kamieniem koń Schellenberga wierzgał jak szalony zrzucając w końcu rozpaczliwie broniącego się przed upadkiem jeźdźca. Grzmotnął o ziemie aż zadzwoniły okrywające jego ciało blachy pancerza. Spłoszone zwierze pognało wzdłuż ulicy. Schellenberg nie podnosił się.

Zaskowyczał trafiony pies. Wlokąc za sobą przetrącona łapę, Brutus, wczołgał się do budynku i spojrzał żałośnie na wciąż modlącego się Hessa. Za plecami Luthora zelota o wyglądzie menela i jego krzykliwy kolega odpierali wściekły atak dwóch skavenów, którzy wskoczyli przez okna. U ich stop leżała zraniona Blondi - ulubiony pies Aldorfa. Po chwili obok padł też jeden z ludzi. Kapłan wyciągnął dłoń w kierunku rannego Brutusa, zwierzę momentalnie stanęło na nogi i rzuciło wielkimi susami w kłębowisko walczących opodal ludzi i skavenów. Luthor bez zastanowienia podbiegł za nim. Ledwie dobiegł ściął się z jednym ze szczuroludzi. Zablokował dwa szybkie ciosy zadane trzymanymi w obu łapach pałkami. Trzeciego, wymierzonego trzymaną w ogonie odbić nie zdołał...
Drugi człowiek wykorzystał chwilowe zaskoczenie przeciwnika gdy pies zacisnął swe szczeki na jego nodze. Cios cepa wymiótł go za okno, przez które wcześniej wskoczył. Ostatni, osamotniony skaven zaatakował z furią, nie mając możliwości ucieczki. Zwijał się w unikach co chwila wyprowadzając ciosy. Jego nieludzka szybkość dawała mu przewagę na uzbrojonym w ciężki i nieporęczny cep człowiekiem.

Stoący w drugim budynku Hermann wiedział, że nie zdąży ponownie napiąć kuszy. Odrzucił ją na bok i sięgnął po opartą o ścianę tarczę. Zrobił to w ostatniej chwili, aby zasłonić się przed ciosem miecza wielkiego skavena o czarnym futrze. Hermann blokował swoim ciałem przejście przez drzwi, jednak inni szczuroludzie wskakiwali oknami aby zetrzeć się z czekającymi wewnątrz biczownikami. Z za jego pleców dobiegały krzyki i odgłosy zaciętej walki. Jeśli obrońcy budynku ulegną, on tez będzie zgubiony, nikt nie osłoni mu pleców. Czarny skaven był silny i szybki, atakował z wielką furią. Na pewno marzył aby zatopić swoje ostre kły w szyi Hermanna i pić jego ciepła krew. W końcu udałoby mu się to, gdyby nie ostatni pies łowców - Bobek. Bobek, wychowywany przez Wilhelma, swoje imię zawdzięczał ciągłemu paskudzeniu w najmniej spodziewanych miejscach. Było tak od szczeniaka i nie zmieniło się nawet kiedy wyrósł na potężne i silne psisko. Tak więc, Bobek skoczył na plecy czarnego skavena próbując wbić zęby w jego kark. Pchniecie krótkiego miecza zadane do tylu, pod pachą trafiło Bobka między żebra. Zaskowytał ale nie puścił, zaciskając mocnej szczeki. Hermann rąbnął z góry toporem w pochylonego pod ciężarem psa szczuroczłeka. Przeciął psie ciało ale dosięgnął tez przeciwnika. Obaj padli na ziemie. Bobek spaskudził się po raz ostatni wprost na czarne futro nieruchomego skavena. Łowca obrócił się w kierunku toczącej się za jego plecami walki. Ostatni stojący na nogach biczownik resztkami sił opierał się dwóm uzbrojonym we włócznie napastnikom. Hermann włączył się do walki krzycząc i rąbiąc jak oszalały. Zaskoczeni jego nadejściem przeciwnicy cofnęli się pod ścianę najwyraźniej szukając drogi ucieczki. Wtrącił bron jednemu z nich i szykował się do zadania ostatniego ciosu. Trzeci skaven przeskoczył nad ciałem Bobka i swego czarnego pobratymca. Wbiegł przez drzwi budynku, które niedawno blokował Hermann i z impetem pchnął go włócznią. Łowca wyczuł ruch za swoimi plecami, instynktownie uskoczył w lewo. Cios, który przebiłby go na wylot rozorał mu bok i z impetem cisnął o ścianę.

Piętro wyżej Altdorf wyczuł magię. Był wyczulony na takie rzeczy, włosy na karku stanęły mu dęba, skóra mrowiła. Gdzieś, wśród tej popiskującej ohydnej hałastry był czarownik. Łowca wypatrywał go wybierając cel do strzału. Nie mogąc namierzyć posługującej się magią kreatury obrał za cel skavena ładującego właśnie kamień do swej procy. Widział go wyraźnie - bliski, nieruchomy, nieświadomy nadchodzącej śmierci cel. Nie mógł chybić. A jednak...bełt przeleciał wysoko nad nim, odbił od kamiennej ściany i koziołkując upadł na bruk. Spłoszony skaven czmychnął za najbliższa osłonę. Altdorf uświadomił sobie, to on był celem złej magii. Od płotu za plecami nacierającej szczurzej bandy oderwała się przygarbiona odziana w szmaty sylwetka. Skryła się za rogiem obierając za cel magicznego ataku stojącego na dachu drugiego domu Hainricha. Aldorf napiął kusze i założył bełt.
- Już mi nie uciekniesz przeklęta kreaturo. Nein, nein...- mruczał składając się do strzału. Skaveński czarownik uniósł łapy wykonując nimi dziwne, skomplikowane gesty. Nie usłyszał nawet nadlatującego pocisku. Dostał prosto w głowę. Mózg i krew upstrzyły ścianę fantazyjnym wzorem. Żaden z jego braci nie zwrócił nawet uwagi na padające się za ich plecami ciało.

Luthor Hess z trudem uniósł powieki. W głowie pulsował tępy ból. Gdzieś obok, dosłownie o kilka kroków słyszał odgłosy walki. Próbował się poruszyć, ale jego własne ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Nie miał nawet siły obrócić obolałej głowy i ocenić kto wygrywa toczące się starcie. Przymknął oczy i zaczął modlitwę. Ledwie wyszeptał pierwsze z słowa z nieba spadł...Hainrich.

Stojący samotnie na dachu Hainrich widział wysypującą się z za rogu chmarę włochatych postaci. Ciśnięte w jego kierunku kamienie zagrzechotały o ściany wokół. Zdążył wystrzelić 2 razy w odpowiedzi kiedy trafiła go kolejna salwa szczuroludzi. Łowca zachwiał się, przechylił przez krawędź zarwanej podłogi i runął w dół lądując na kupie szmat i połamanych gratów, które choć trochę zamortyzowały upadek. Czuł jak chrupnęły mu pękające żebra a cale powietrze uciekło z płuc. Nie stracił jednak przytomności. Wyciągnął rękę po leżącą obok kuszę. Na szczęście była cała. Drugą dłonią zagarnął kilka rozsypanych obok bełtów i zaczął czołgać się wzdłuż ściany w kąt pomieszczenia. Trwała tu walka, biczownik i poharatany ale wciąż stojący na własnych łapach pies próbowali zabić ciskającego się w szale samotnego skavena. Wokół leżały ciała. Hainrich minął leżącego na plecach Luthora. Żył. Widział półprzymknięte powieki i poruszające usta. Dotarł wreszcie w kąt pomieszczenia. Z trudem obrócił się na plecy i usiadł oparty o ścianę. Wiedział jak mało czasu mu zostało. Skaveni, którzy strącili go z dachu za chwilę dobiegną aby dorżnąć swoją ofiarę.
- Nie umrzesz tu dziś! Nie poddawaj się! - myślał gorączkowo. Włożył stopę w strzemiączko kuszy. Chwyciwszy cięciwę w obie dłonie ciągnął krzycząc z bólu i nadludzkiego wysiłku. Nie mógł oprzeć broni o uszkodzone żebra, straciłby przytomność. W końcu mechanizm spustowy zaskoczył chwytając cięciwę. Drżącymi dłońmi założył pocisk. Na powtórzenie całej operacji nie będzie miał już siły ani czasu.

Aldorf widział spadającego w z dachu Hainricha i skavenów biegnących do budynku, w którym tamten zniknął. Odgłosy walki na parterze jego domu również cichły. Nie było już słychać ryku Hermanna. Czyżby poległ? Czyżby miał to być również koniec jego samego? Koniec marzeń i planów o wielkim wolnym od Chaosu Imperium, o wszystkich zjednoczonych pod znakiem Młota ludzkich nacjach scalonych w jedną 1000-letnią Rzeszę? Za chwilę sam będzie musiał stawić czoła szczuroludziom. Zacisnął dłoń na wiszącej na grubym łańcuchu Świętej Relikwii - Hakenkreutzu Srogiej Pomsty.
- Sigmarze, nie pozwól zatriumfować naszym wrogom. Wspomóż Twoje wierne sługi w godzinie próby...

Usta leżącego na posadzce rannego Luthora poruszały się wypowiadając słowa modlitwy:
...I dokonam srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, na tych, którzy chcą zatruć i zniszczyć moich braci; i poznasz, że ja jestem Pan, gdy wywrę swoją zemstę na wrogach Imperium...

Jakby w odpowiedzi czaszka ostatniego broniącego się w tym samym pomieszczeniu skavena chrupnęła pod celnym ciosem słaniającego się już na nogach biczownika. Pies rzucił sie do gardła powalonego przeciwnika. Z za rogu wypadło się 4 napastników biegnących w ślad za strąconym z dachu Hainrichem. Ten czekał z napiętą przed momentem kuszą. Pierwszy skaven, pewny łatwej zdobyczy przeskoczył śmiało niskie resztki zburzonej ściany. Bełt trafił jego ramię w locie. Siła pocisku obróciła nim w powietrzu wokół własnej osi. W widowiskowy sposób runął na zalegający gruz wzbijając chmurę kurzu. Reszta szczurów momentalnie umknęła.

Atak szczuroludzi załamał się. Uciekali nie myśląc o dalszej walce i zwycięstwie, wymykającym się z ich łap. Odwrót nie był całkowicie bezładny. Dwójka z nich porwała w biegu ciało zarąbanego Bobka.
- Co te kreatury chcą z nim zrobić? - pomyślał obserwujący z góry cała scenę Aldorf.
Po chwili z ruin drugiego domu wyszedł słaniający się na nogach Hainrich, wsparty na jedynym stojącym o własnych siłach biczowniku. Towarzyszył im mocno poharatany pies. Z ruin wyczołgiwali się inni poranieni członkowie grupy. Cena za zwycięstwo była wysoka.

Back to top
View user's profile
Skavenblight
Widzący
Widzący

Skavenblight

Offline

Joined: marca 06, 2011
Posts: 1457
Location: Warszawa
Filia Mazowiecka

Post Post subject: Re: Kampania Mordheim w SDK - fabuła
Posted: Wt czerw 10, 2014 11:02 AM
Reply with quote

Dowodzenie to ciężki kawałek chleba. Tak mawiał dziadek Ludwig. Gerhard pamiętał go jeszcze; wysuszony starzec w bujanym fotelu, z wąsami żółtymi od palenia fajki. Nawet do latryny nie mógł dojść bez laski. Ale historia jego życia i zwycięstw pozostała. Nikt, nawet starość, nie mógł odebrać Ludwigowi jego historii i jego chwały.

Nikt, nawet śmierć, nie może odebrać nam chwały. Gerhard powiedział kiedyś stryjowi, ojcu Franza i Bernharda - "Stryjku, ja chyba nie umrę, nie podoba mi się to". To było dawno, na pogrzebie kogoś ze wsi; zwierzoludzie niemal rozerwali tego człowieka na pół. Ale trumny bohaterów zawsze otwierano. Wiele dzieci płakało, niektórym matki zasłaniały oczy. Gerhard myślał tylko: "Nie podoba mi się to. Nie życzę sobie umierać.". Teraz jednak nie żył jeden z jego synów. Drugi z pobladłą twarzą opłakiwał go w głębi serca - Karl nie płakał, Karl też nie życzył sobie śmierci.

Ale chwała pozostanie, a śmierć zrobi, co zechce. I kiedy zechce. Ukrywali się w lesie od kilku dni, a śmierć zmieniła swoje podejście. Już nie była ryczącym potworem, tylko cichym cieniem, który powoli kładł się na ich kompanii. Głód zaczynał im doskwierać. Kuzyn Michael, jeden ze starszych myśliwych, zabrał na łowy swego stryjecznego bratanka, Roberta. Obaj byli doskonałymi łucznikami.

Las zdawał się spokojny. Z dala od złowieszczych ruin można było poczuć spokój. Nikt jednak go nie poczuł; głód, zmęczenie i rozpacz były zbyt dotkliwe. Robert i Michael nie mogli ustrzelić nawet królika. Franz i Bernhard trzymali się razem. Reinhard trzymał się blisko Gerharda - Franz spojrzał na kuzyna, nim się rozdzielili. Nie musiał nic mówić. Gerhard wiedział, że musi ochronić chłopca. Franz nie powstrzymał Paula przed szaleńczym biegiem na pewną śmierć. Gerhard jednak miał zamiar ocalić jego syna.

Ogr i Wilfried szli razem. Tak było najlepiej. Wprawdzie kapłan zahartował się podczas tej wyprawy ponad wszelkie oczekiwania, wciąż jednak nie był wojownikiem. Wilfried ledwo dotrzymywał kroku swemu ochroniarzowi, ale radził sobie w lesie bardzo dobrze. W końcu większość życia przeżył w lesie.

- Wodzu - ryknął Grom. - Zielony kamień. Dziwokamień. Grom znaleźć dziwokamień.
- W lesie? - zdziwił się Franz. - Ostatnie, czego bym się tu spodziewał.
- Dlaczego, rozprysk z komety był spory - mruknął zza drzewa Michael. - Prędzej znajdziemy tu ten kamień, niż zwierzynę. Niech to szlag, albo nic nie ma, albo za szybko zwiewa.

Coś cichutko świsnęło w powietrzu. Strzała z głośnym uderzeniem wbiła się w drzewo; drzazgi poleciały na Zdechlaka. Zwierzę zawarczało.

- Chyba ktoś tu był przed nami - zauważył Robert.
- Chyba nadal jest - sprostował Bernhard. - Wilfried, weź zobacz, co za strzała.
Kapłan podszedł do drzewa. Rozległ się drugi świst.
- Wiesz co, sam oceń - powiedział Wilfried wesoło i ułamał sterczącą mu z łydki strzałę tuż przy skórze.
- Faktycznie się skurwiel zahartował - gwizdnął z podziwem Bernhard. - Ty, ale ja nie wiem, co to jest.

Gerhard zamknął oczy. On wiedział, co to jest. Stryjeczny dziadek Georg miał w swej kolekcji różne strzały. Te najbardziej groźne pokazywał rzadko. Gerhard tylko raz widział strzałę wypuszczoną przez elfa. Nim doleciała do celu, elf leżał z toporem w głowie, ale strzała zdołała zabić jednego z parobków. Nawet złamana, wciąż robiła wrażenie.

- Dobra - zawołał do towarzyszy. - Nie mam zamiaru dać wam zginąć. Jeśli zobaczycie chudych skurwysynów z długimi spiczastymi uszami, a nie macie czym do nich strzelać, radzę wam paść na ziemię i czołgać się za najbliższą osłonę.

Ledwie skończył mówić, większość jego podwładnych padła. Z początku ucieszyło go to posłuszeństwo; potem ujrzał i Reinharda, leżącego u jego stóp, choć chłopak był dobrze ukryty w skalnej szczelinie. Oczy chłopca były szkliste, z nosa lało się ciurkiem, ale żył.

Dopiero wtedy Gerhard poczuł ten zapach. Słodki, nęcący, przyprawiał o zawroty głowy. Kwiaty miały lekko fioletowy kolor, wyglądały jak lekko zniekształcona koniczyna. Gerhard zdeptał wściekle roślinę.

- Kwiaty są dobre dla bab! - ryknął. - Omdleliście z powodu głupich chwastów? Wstawajcie, do ciężkiej cholery! Jeśli ich widzicie, to STRZELAJCIE!

Powoli jego towarzysze zaczęli się podnosić. Wilfried czołgał się po ziemi z trudem, ale niezłomnie. Świszczące w powietrzu elfie strzały nie pomagały ludziom się zebrać. Każdy starał się jak najdokładniej ukryć, ale precyzja elfów w wypuszczaniu strzał zdawała się być perfekcyjna. Nawet w pozornie niedostępnych miejscach zaroiło się od strzał. Wszystkie póki co chybiały celu, ale konsekwentnie trafiały coraz bliżej. Nie było trzeba nic więcej, by odebrać ludziom nadzieję. Łowcy stali za drzewem, bojąc się wychylić. Nikt nie kwapił się do jakiejkolwiek walki.

Coś błysnęło u stóp Gerharda. Dowódca pochylił się - to było pióro. Wyjątkowo wielkie pióro, błyszczące złotem w świetle słońca. Gerhard podniósł je ostrożnie i zobaczył, jak ziemia oddala się od jego stóp.

- Eee... stryju, ty latasz - odezwał się niepewnie Reinhard.
- O kurna - Gerhard natychmiast puścił pióro. Wylądował bezpiecznie - uniósł się tylko na odległość łokcia. - Co to jest?!
- Słyszałem o takiej legendarnej istocie - zawołał Wilfried, gramoląc się wreszcie pod skałę. - Wekki... czy jakoś tak... w życiu... tego... nie widziałem.
- Sami widzicie - zawołał Gerhard, ponownie biorąc do ręki pióro i wzlatując na chwilę ponad skałę, za którą z Reinhardem stali. - Wszyscy poza łowcami do mnie. A wy, chłopaki... Strzelajcie do nich, albo polecę wam wpie...

Nie musiał kończyć. Michael i Robert wreszcie wyszli zza drzewa i drżącymi dłońmi naciągnęli cięciwy. Puścili. Żaden elf nawet nie drgnął, za to odpowiedź powaliła na ziemię Roberta. Chłopak nie zdążył nawet jęknąć.

- NIE PRZERYWAĆ BIEGU - ryknął znów Gerhard. - Wszyscy DO MNIE!

Biegli szybko, ale nie dość szybko dla strzał elfów. Chwilę później Bernhard leżał na ziemi, bez oznak życia. Gerhard poczuł, że to koniec. Cokolwiek by teraz nie powiedział - nie mieli już żadnych szans.

Nie musiał nawet dawać rozkazu odwrotu. Panika zrobiła to za niego.

Kolejny raz wpadliśmy w gówno, pomyślał, wypuszczając z dłoni złote pióro. I kolejny raz w nim ugrzęźliśmy.


***
Głośne tupnięcie zwiastowało przybycie ogra. Jednak łupnięcie głośne jak zawalenie budynku zwiastowało przybycie więcej niż jednego ogra.

Gerhard podniósł oczy i ledwie uwierzył własnym oczom.

- Wodzuuuu! - ryknął Grom, szczęśliwy jak nigdy. - Wódz patrzeć! Gruag nie zginąć! Głupi wyvern nie zabić Gruag!
Istotnie, obok Groma stał Gruag - jak zwykle brzydki, cały w strupach i sińcach, ale sprawny i silny jak zawsze.
- Ja zjeść ten głupi wyvern - pochwalił się Gruag. - Głupie łowce czarownic zabrać złoto, a zostawić tyle mięso.
- Wódz musieć znów zapłacić Gruag! - zawołał Grom. - Gruag chce podwójnie, bo my go wtedy zostawić. Ale jak wódz zapłacić, to Gruag wrócić.
- Wódz nie mieć z czego zapłacić - odezwał się Franz łagodnie. - Niewiele udało nam się dziś zarobić. I tak dobrze, że ktoś w ogóle kupił te mizerne kamyczki.
- Z dwoma ogrami moglibyśmy znów wrócić do miasta - zauważył Bernhard, zawijając sobie bandaż na ramieniu. - Teraz nie ma co się tam nawet pchać.

Gerhard zastanawiał się tylko chwilę.
- Michael! Robert - zawołał. - Lećcie no biegiem do tego handlarza. Nie mógł odejść daleko. Zapytajcie, ile chce za te wasze łuki...


_________________
Back to top
View user's profile Visit poster's website

1 2
>
Post new topic Reply to topic Wersja do druku

 Topics   Replies   Author   Views   Last Post 
Sticky
No new posts Galeria - Figurki Mordheim Cover full-size 0 quidamcorvus 421 Mordheim Cover full-si...
 Sb list 05, 2016 11:04 PM 
quidamcorvus View latest post
Normal
No new posts Wydarzenia [Mordheim] [SDK] bieżące spotkania
(czyli, czym zajmujemy się od marca do czerwca 2016)
[ Go to pageGo to page: 1 ... 8, 9, 10 ]
143 Pan_Ryba 6857 [SDK] bieżące spotka...
 Wt list 07, 2017 07:41 AM 
Myszor View latest post
No new posts Wydarzenia [Warheim FS] Kampania na zasadach turnieju
[ Go to pageGo to page: 1 ... 3, 4, 5 ]
65 Radzik 978 Kampania na zasadach t...
 Pn paźdź 29, 2017 03:37 PM 
quidamcorvus View latest post
No new posts Wydarzenia [Mordheim] Kampania Mordheim "W oparach Obłędu" w SDK w Warszawie
[ Go to pageGo to page: 1 ... 3, 4, 5 ]
67 Myszor 2479 Re: Kampania Mordheim ...
 Cz wrz 07, 2017 09:18 PM 
Szary_Kocur View latest post
No new posts Wydarzenia [Warheim FS] Kampania "Skarby Aldrecha" - Projekt
Potencjalna kampania w innym wymiarze
[ Go to pageGo to page: 1, 2, 3 ]
43 Krnabrny 2203 Re: Kampania "Skarby A...
 Wt May 09, 2017 10:34 AM 
Radzik View latest post
You cannot post new topics in this forum
You can reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot vote in polls in this forum
You cannot attach files in this forum
You cannot download files in this forum

_TOGGLE O użytkowniku

_TOGGLE Sondaż
Muzyka w trakcie rozgrywania potyczki?

Tak
65 %65 %65 %
Nie
13 %13 %13 %
Czasami
21 %21 %21 %
Wyniki :: Ankiety

Głosów: 161
Komentarzy: 0

The logos and trademarks used on this site are the property of their respective owners. We are not responsible for comments posted by our users, as they are the property of the poster.
This web site is completely unofficial and in no way endorsed by Games Workshop Limited. Adeptus Astartes, Battlefleet Gothic, Black Flame, Black Library, the Black Library logo, BL Publishing, Blood Angels, Bloodquest, Blood Bowl, the Blood Bowl logo, The Blood Bowl Spike Device, Cadian, Catachan, the Chaos device, Cityfight, the Chaos logo, Citadel, Citadel Device, City of the Damned, Codex, Daemonhunters, Dark Angels, Dark Eldar, Dark Future, the Double-Headed/Imperial Eagle device, 'Eavy Metal, Eldar, Eldar symbol devices, Epic, Eye of Terror, Fanatic, the Fanatic logo, the Fanatic II logo, Fire Warrior, Forge World, Games Workshop, Games Workshop logo, Genestealer, Golden Demon, Gorkamorka, Great Unclean One, the Hammer of Sigmar logo, Horned Rat logo, Inferno, Inquisitor, the Inquisitor logo, the Inquisitor device, Inquisitor:Conspiracies, Keeper of Secrets, Khemri, Khorne, Kroot, Lord of Change, Marauder, Mordheim, the Mordheim logo, Necromunda, Necromunda stencil logo, Necromunda Plate logo, Necron, Nurgle, Ork, Ork skull devices, Sisters of Battle, Skaven, the Skaven symbol devices, Slaanesh, Space Hulk, Space Marine, Space Marine chapters, Space Marine chapter logos, Talisman, Tau, the Tau caste designations, Tomb Kings, Trio of Warriors, Twin Tailed Comet Logo, Tyranid, Tyrannid, Tzeentch, Ultramarines, Warhammer, Warhammer Historical, Warhammer Online, Warhammer 40k Device, Warhammer World logo, Warmaster, White Dwarf, the White Dwarf logo, and all associated marks, names, races, race insignia, characters, vehicles, locations, units, illustrations and images from the Blood Bowl game, the Warhammer world, the Talisaman world, and the Warhammer 40,000 universe are either ®, TM and/or © Copyright Games Workshop Ltd 2000-2009, variably registered in the UK and other countries around the world. Used without permission. No challenge to their status intended. All Rights Reserved to their respective owners.
Interactive software released under GNU GPL, Code Credits, Privacy Policy